Łącko to tysiąc ton jabłek miesięcznie do jednej sieci. Rozmowa z Janem Golonką, prezesem firmy Owoc Łącki Koncentraty.

Łącko to tysiąc ton jabłek miesięcznie do jednej sieci. Rozmowa z Janem Golonką, prezesem firmy Owoc Łącki Koncentraty.

Jan Golonka

Łącko to tysiąc ton jabłek miesięcznie do jednej sieci

Rozmowa z Janem Golonką, prezesem firmy Owoc Łącki Koncentraty.

– Gdybym Pana przedstawił jako naczelnego sadownika Sądecczyzny…

– To by pan przesadził. Funkcjonują na naszym terenie gospodarstwa znacznie większe i lepsze od mojego.

– Miałem na myśli określenie symboliczne, że pewnie nikt nie zna sądeckiego sadownictwa tak dobrze, jak Jan Golonka.

– Pewnie trochę o tej branży wiem, ale nie spierajmy się o detale.

– Jeśli ktoś obserwuje informacje tej jesieni, może odnieść wrażenie, że życie na polskiej wsi przebiega pod mało dotychczas znanym określeniem „samozbiory”. Rolnicy zapraszają do siebie miastowych i mówią: „Pozbierajcie sami, bo inaczej się zmarnuje. Będziecie mieli warzywa i owoce dużo taniej niż w markecie”.

– To nie jest docelowy model sprzedaży, ale sytuacja wynikająca z faktu, że akurat istnieje problem ze sprzedażą plonów. Znam gospodarstwa w Niemczech, które wiele ton owoców, soków i przetworów sprzedają bezpośrednio u siebie. Trzeba się dostosować do rynku. Polskie gospodarstwa również zaczynają wdrażać ten model. W jakimś sensie należy go traktować jako przyjemne, aktywne spędzenie czasu z rodziną na świeżym powietrzu. Przy okazji dzieci mają okazję zobaczyć, że warzywa i owoce nie rosną w sklepie. To jednak nie jest model biznesowy dla wszystkich. Trzeba się na takie funkcjonowanie nastawić nie tylko w sytuacji kryzysowej.

– A mamy do czynienia z sytuacją kryzysową w polskim rolnictwie?

– Nie. Ale zacznijmy od tego, że rolnictwo z zasady jest koniunkturalne. Np. w tym roku już wiosną można było zauważyć, że jesienią będzie problem z ziemniakami czy kapustą. Problem z nadmiarem! Brakowało nasion, bo sadzono masowo i pewnie zbyt dużo. Zapowiadała się nadprodukcja. A przecież wiadomo, że my współcześnie nie robimy zapasów na zimę jak dawniej, kiedy do piwnicy trafiały worki ziemniaków, kisiło się kapustę itd. Dziś takich zapasów nikt nie robi, rynek w pewnym momencie nie jest w stanie wchłonąć nadmiaru, więc towar zostaje.

– I to jest naturalne zjawisko?

– Naturalne. Problem w tym, żeby te cykle koniunkturalne były jak najłagodniejsze i rolą wszystkich jest, aby tak się działo. To zadanie rządzących, organizacji producenckich, aby te cykle nie były aż tak drastyczne rok do roku, bo to szkodzi wszystkim. Jeśli coś jest drogie w tym roku, to z dużym prawdopodobieństwem w kolejnych latach jego cena będzie niska. To dotyczy np. ziemniaków na frytki. Zakłady przemysłowe kupują tyle, na ile pozwala im kapitał i możliwości przechowalnicze. Ale to oznacza, że w przyszłym roku będą potrzebować trochę mniej, bo będą zapasy.

– Cała Polska poruszona była materiałem telewizyjnym, w którym rolnik z Zemborzyc zaprasza ludzi, by przyjeżdżali i zbierali paprykę z jego trzech hektarów, bo jemu się nie opłaca tego robić. W skupie za tę paprykę płacili 60 groszy, a w markecie była po 10-12 zł. Pan potrafi wyjaśnić to zjawisko?

Dalszą część rozmowy przeczytasz w najnowszym numerze DTS.

DTS Biznes

Przeczytaj również:

Ruszyła rekrutacja na semestr letni 2025/2026 w WSB-NLU – zacznij studia jeszcze w tym roku akademickim!

Filmoteka dts24

194 Videos