Dopiero co rwaliśmy się z bloków: Dżem, Zalewski, LemOn, Cugowski, Kult i Ira. Jan Malski zapowiadał weekend uczuć, a to już? Koniec? Ten niezmordowany pocisk miłości, który za każdym razem wyrywa w moim sercu dziurę wielkości tira, trafił mnie ponownie – bez zmiłuj dla takich jak ja: beznadziejnych entuzjastów, cedzących swoje opinie dla idei. Nawet nie kryjemy się z tym, jak bardzo sprzedaliśmy się tej misji – bo przecież jesteśmy tacy cnotliwi, oczytani, sterylni. Zawsze z dobrymi intencjami i wzniosłymi ideami, choć w gruncie rzeczy w cieniu tego, co od zawsze wydawało się poza naszym zasięgiem.
Ostatnie tango w Krynicy, więc jest mi już wszystko jedno. Jest mi źle, wszystko mnie boli, a najbardziej boli to, co będzie, kiedy to wszystko się skończy. Zawsze pragnąłem kochać tak jak oni – dzikością wykraczającą poza język. Nie tylko słowem czy głosem, ale surowymi, niepowstrzymanymi okrzykami, rodzącymi się z głębi najbardziej pierwotnego „ja”. Miłością, która wylewa się jak płynny miód, ekstatycznym szałem tak pochłaniającym, że obnaża do cna, pozbawia tchu i zostawia w zupełnej rozsypce. Nie udało się i już raczej się nie uda. Może bliżej mi do Myslovitz niż Lady Pank… Może tak, może bez znaczenia.

Lady Pank wciąż na scenie, wciąż nie biorą jeńców. Trubadurzy, bajarze, persony wyłaniające się z cienia ognisk. Wszechobecna manifestacja moich lęków, niespełnionych pragnień i najczystszych fetyszy. Od lat splatają się w jedną, pulsującą emocjonalną tkankę, przypominając za każdym razem, że bunt nie potrzebuje poklasku, a autentyczność potrafi przetrwać nawet w najbardziej nieprzychylnych warunkach. Jak francuski pocałunek pośród szarego tłumu, iskra w monotonii codzienności.
Przecież pozostać prawdziwym w świecie nieustannie próbującym wtłoczyć cię w jakiś schemat to najgłośniejsza walka cichego oporu – wymagająca odwagi, niezachwianej determinacji i bezwarunkowej wierności sobie. To nie spacer po lesie, lecz linie: krwawy oktagon, starcie na gołe pięści i ducha – bez przemocy, lecz z wewnętrznym buntem. Walka nie przeciwko absurdom świata, lecz o zachowanie własnej duszy. Wbrew presji, która usiłuje zdefiniować nas na nowo, i wbrew sobie uformować na cudzy obraz i podobieństwo.

Spiralny notatnik – lewa tylna kieszeń. Ołówek – prawa przednia. Chowam, wychodzę, zgłodniałem. A dopiero co rwaliśmy się z bloków: Dżem, Zalewski, LemON, Cugowski, Kult i Ira. Jan Malski zapowiadał weekend uczuć. A to już? Koniec? Tak, to ten szczególny rodzaj końca, który za każdym razem wyrywa w moim sercu dziurę wielkości tira – bez zmiłuj dla takich jak ja: beznadziejnych entuzjastów, cedzących swoje opinie dla idei. Nawet nie kryjemy się z tym, jak bardzo sprzedaliśmy się tej misji – zawsze z dobrymi intencjami i wzniosłymi ideami, choć w gruncie rzeczy w cieniu tego, co od zawsze pozostawało poza naszym zasięgiem.
Foto: Grzegorz Korzec Fotografia, Video: Bartosz Szarek




































































































































































































































































































