Krynica Źródłem Kultury 2025: Krzysztof Zalewski [RELACJA]

Krynica Źródłem Kultury 2025: Krzysztof Zalewski [RELACJA]

Lubię, gdy zespół rozpływa się w cieniu lidera, jakby cała grupa była jedynie przedłużeniem jego ego – myśli, oddechu, ruchów. Imię i nazwisko – łączone, czasem pod pseudonimem – nic więcej, a jednak już tak wiele. Tkanka osobowości, za którą kryje się kolektyw. Współistniejący, lecz zawsze podporządkowany. To uzależniające w swojej prostocie – patrzeć na artystę, który nie musi dzielić uwagi na pięć, siedem czy dziesięć. Jakby cały ciężar twórczości dźwigał na ramionach on sam. Tytan.

Proszę… tylko bez takich. Jest w tym oczywiście boski wymiar – gruby jak denka słoików romantyczny filtr, który nakładam na sylwetkę artysty. Filtr tego, jak chciałbym widzieć świat. Noc w noc szukam po mieście naszych zamierzchłych miejsc. Gdzie ja to już słyszałem. Tej piosenki o miłości i o tym rodzaju intymności, która takich beznadziejnych wędrowców jak ja przyciąga jak światło ćmę. Tak właśnie myślę teraz o Krzysztofie Zalewskim. Nie o zespole, który stoi za nim, lecz o nim samym – twórcy, wykonawcy, poecie dźwięków.

Zalewski | Fot. Konrad Obidziński

Z głowy nie można wyjść. Może właśnie dlatego dziś widzę w nim cząstkę siebie – kogoś zmęczonego powtarzalnością. Widokiem smutnego wzoru bezlitośnie replikowanego na każdej ulicy, w każdym mieście, w każdym spojrzeniu. Tłumem, który rozpływa się w bezkształtną masę i zapada pod własnym ciężarem. Ludzie w pojedynkę potrafią błyszczeć; ich światło jaśnieje i pulsuje, jakby desperacko próbowali coś ocalić. Ale kiedy zbierają się razem, ich blask gaśnie, zduszony niewidzialnym butem, który unieważnia wszystko, co unikatowe i piękne. Zalewski zdaje się uciekać przed tą siłą – lawirując między tym, co jeszcze można ocalić, a tym, co bezpowrotnie przepadło. Między odzyskiwaniem a odpuszczaniem.

Znowu jestem tu – w Krynicy-Zdroju. Kolejka przy barze przesuwa się leniwie, jakby każdy krok był częścią rytuału, którego sens dawno stracił na aktualności. Niemal mechanicznie podążam za nią, wykonując gesty tak znajome, że nie muszę o nich myśleć. Rytm miejsca, rytm wieczoru, który oplata mnie swoją bezwiedną harmonią.

Zalewski | Fot. Konrad Obidziński

W tej powtarzalności odnajduję chwilę na myśl, która zaczyna krążyć wokół dzisiejszego wydarzenia i natury ludzkich zwierzeń tak głęboko osadzonych w twórczości Zalewskiego. Wypełnionej z góry narzuconymi konwenansami, odruchami, cichymi pretensjami, które gasną szybciej, niż zdążą się na dobre rozniecić. Czasem wyczuwam w nim te wszystkie ukryte napięcia – jakby w cieniu zwyczajnych słów czaiła się pasywna wrogość, albo podskórne zniecierpliwienie walczyło na równi z niewypowiedzianą ekscytacją. Wszystko to z jednej strony kreacja – scena, która zawsze wydaje się być, choć w gruncie rzeczy jej nie ma. Męczące, teatralne gesty i maski, które grają większą rolę niż twarze. Twórczość Zalewskiego jest inna. Ma ADHD. Odbija się od schematów i niezachwianych stanów. W jego tekstach przyciężki makijaż relacji spływa szybciej niż farba w pantomimie, a zawieszone oczekiwania unoszą się w powietrzu, jakby bały się opaść – i ujebać o rzeczywistość…

— Co podać? — głos barmanki przerwał gonitwę myśli, jakby ktoś pociągnął za strunę, której dźwięk wciąż rezonował w mojej głowie.

— To co zawsze — rzuciłem, choć „zawsze” było tylko pozorem stałości, niczym, no prawie niczym.

— Czyli? — zapytała, unosząc brew z odrobiną zawodowej ciekawości.

— Piwo — odpowiedziałem. — A najlepiej dwa. Na wypadek, gdybym zapomniał tu wrócić.

Uśmiechnęła się, ale jakby z wyprzedzeniem, delikatnie za wcześnie. Miły, choć bardziej przyruch niż emocja – zapewne wyćwiczony w setkach podobnych rozmów.

Zalewski | Fot. Konrad Obidziński

Odebrałem piwo i odsunąłem się od baru, wracając myślami do tego, co mogłoby dziś być – być mogło. Czyli dziś Zalewski, no to może tak… Człowiek orkiestra, balansujący na cienkiej linii między klasyką a współczesnością… Nie, wróć. A może między niszą a mainstreamem? O, jakby każdą frazą próbował wyrwać nas z letargu. Złapać za rękaw i rzucić prosto w twarz: Hej, budźcie się, chuje. Albo nie… Kim będzie dzisiaj? Hipnotyczną ekspresją? Lirycznym posłańcem czystych emocji? A może niestrudzonym przewoźnikiem, który jednym gestem może zmienić kierunek całej podróży?

Światła przygasły. Scena, scena, scena…

Foto: Konrad Obidziński, Video: Bartosz Szarek

Filmoteka dts24

217 Videos