Krynica Źródłem Kultury 2025: Ira [RELACJA]

Krynica Źródłem Kultury 2025: Ira [RELACJA]

Już myślałem, że nic z tego, że zgasną światła, a ja nie poczuję nic. Rzadko mi się to zdarza, ale ostatnio się zdarzyło – przytrafiło mi się nic. Null. Nada. Nikogo nie spotkałem, nic nie spadło mi z nieba, nie dotknęło. Nie otwarło się przede mną niebo – nawet szczelina, przez którą dałoby się przyciągnąć choćby pyłek czegokolwiek, w co mógłbym wtłoczyć tchnienie życia. Tylko bloki, bloki, bloki. Połamane chodniki – blef i tandeta. Jak trudno jest mi zapomnieć, ile pomysłów przeszło bokiem, ile przepadło bez śladu, gdyż w mojej własnej głowie nie zyskały na popularności. Na tyle, by sięgnąć po notes i ołówek.

Jednak, będąc już na miejscu – może z nożem na gardle, może w akcie chwilowej desperacji – odnalazłem klucz. Słońce, które zaczęło powoli wznosić się nad horyzont, coraz śmielej rozświetlając bezpłodną przestrzeń miedzy uszami. Chwilę przed, zanim miały rozbrzmieć pierwsze dźwięki, poczułem, jak cały ten krynicki hangar, z każdą osobą na swoich miejscach i nogach, staje się częścią czegoś większego. Ciała, zbliżone do siebie, choć wciąż obce, formowały wspólny gwiazdozbiór. Gwiazdozbiór ludzi, którzy czują podobnie. Którzy myślą podobnie. Którzy mówią podobnie, choć nigdy wcześniej się nie spotkali. Rozedrgana konstelacja życia, w której muzyka daje przestrzeń do tego, by poczuć się ważnym.

Artur Gadowski | Fot. Konrad Obidziński

— Jako pięćdziesięcioletni facet wiem, że jestem jednocześnie istotny i łatwy do zastąpienia, jak bateria w pilocie, którą wymienia się, gdy przestaje działać — powiedział ktoś obok. — A jednak to kultura pozwala mi oswoić tę świadomość. Pozwala przejść przez życie z podniesionym czołem. Jestem drobiną kurzu, zgubioną w bezkresie kosmosu. Ale takie miejsca jak to przypominają mi, że, choć to prawda, jestem nadal ważny. Dla siebie, dla ciebie. Może dla kilku innych…

Na scenę wkroczył Jan Malski, który z typową dla siebie werwą zaczął zapowiadać koncert. Kiedy skończył, a ja odwróciłem się, by wyłapać z tłumu tę piękną osobę, tę postać, która uratowała mój wieczór – tej już nie było. Ale ta chwila – to spotkanie, zanim cokolwiek się wydarzyło – było już wszystkim. Niebo się otworzyło. Zniknęły bloki, połamane chodniki – blef i tandeta. Mogłem już działać, składać słowa na nowo, odczarowywać to nic, które zawisło nade mną jak gradowa chmura.

Ira | Fot. Konrad Obidziński

Światła rozbłysły, zespół zaczął grać, stając się tym, czym miał być zawsze – ogniem i wodą: buntem, pasją, tęsknotą, które trafiają w serce i sedno, które rozpalają wyobraźnię. Był drogą i celem całego rozgrywającego się w mojej głowie teatru cieni i szarzyzny. Finałem, który miał przełamać pustkę – odczarować, scalić, nadać treść. Przestrzenią, w której bohater – dzięki ludziom, którzy czują podobnie, myślą podobnie, mówią podobnie, choć nigdy wcześniej się nie spotkali – odnajduje ten pożądany „klucz”. Muzykę jako gwiazdozbiór dźwięków, tych czysto ludzkich emocji, które wyrywają go z chwilowego zastoju, otwierając nieba czegoś nowego, czego wcześniej nie mógł dostrzec lub, co miał, lecz utracił.

Spod sceny rozległy się okrzyki niosące obietnicę bisu.

Jest dobrze. Ira.

Foto: Konrad Obidziński, Video: Bartosz Szarek

Filmoteka dts24

217 Videos