Redakcja kurkowa pisała ostatnio o różnych kwestiach o charakterze lokalnym, marginalnym. No dobrze, pisałem hocki-klocki: a to o jakichś sklepach, a to o radnym awanturującym się w sklepie, potem o „aferze” podsłuchowo-mistyfikacyjnej. To nie było jednak poważne… Ale miało jeden cel: „pokrzepienie serc”. Wszak wszyscy potrzebujemy radości w tych ciężkich czasach.
Nasza redakcja ma jednak charakter kulturalny. Zajmuje się problematyką kultury. Owszem, są dygresje, ale to mieści się w szeroko rozumianej kulturze. Dobrze – wychodzi z tego hybrydowość. Ale czy nasza rzeczywistość nie jest turbulentnie hybrydowa?
Czytelnikom chcemy mocno i zdecydowanie przypomnieć, że w Warszawie odbywa się teraz 19. Konkurs Chopinowski. Równocześnie trwa festiwal teatralny w Starym Sączu, jakby „pod wiatr”. W Bryjowie nie zważają na okoliczności zewnętrzne i czynią kulturę w sposób tyleż masywny, bezwzględny, co niestrudzony.
Podsumuję wydarzenia na konkursie. Trzeba dodać, że to nie jest zwykły konkurs – to „olimpiada fortepianowa”. Najważniejszy konkurs świata. Statystyki są niesamowite: zgłoszeń jest ponad 600, po kwalifikacjach gra prawie 100 wykonawców. W jury zasiada śmietanka pianistyczna.
Czy na konkursie wystąpili pianiści z Nowego Sącza albo okolic? Mamy wszak liczne szkoły muzyczne w regionie. Nim o tym opowiem, omówię bieżące wydarzenia konkursowe. Tak, zrobię to nieortodoksyjnie i „hybrydowo”.
Skończył się pierwszy etap (są trzy etapy plus finał) i, jak zwykle, nie obyło się bez sensacji. Pierwszy etap poszedł szybko jak etiuda: 40 nazwisk w II rundzie, z wyraźną dominacją Azji – Chiny 14, Japonia 5 – i tylko czwórką Polaków. Nagie liczby nadały ton dyskusji.
Polacy? Krótka, ale mocna reprezentacja: Piotr Alexewicz, Adam Kałduński, Piotr Pawlak, Yehuda Prokopowicz. Każdy z innym akcentem, wspólny mianownik: porządek formy i odporność na tremę. Reszta biało-czerwonej stawki – choć często chwalona w streamach – zatrzymała się na progu.
Taka jest arytmetyka konkursu: liczy się średnia wielu jurorów, nie entuzjazm widowni. Największe emocje wzbudziły głośne odpadnięcia faworytów publiczności. Zawsze tak było.
Tak, Chińczycy dominują, nie tylko ilościowo. Podobno w Chinach na fortepianie uczy się około 40 milionów osób. Jest z czego wybierać – znamy to ze sportu. Ale w tegorocznym konkursie są też inni faworyci. Kto? I tutaj zaskoczenie!
Zaskakują Kanadyjczycy. Kevin Chen i Eric Guo – „pewniacy” z Kanady, chwaleni za żelazną kontrolę i dojrzałe frazowanie. Jest jeszcze Eric Lu – weteran konkursu z 2015 r., z mocnym „rodowodem” scenicznym. Hyuk Lee – konsekwentny „turniejowiec”. Do peletonu dopisywani są też Xuehong Chen i David Khrikuli. Czy któryś z Polaków będzie czarnym koniem? Trudne, ale możliwe.
To zestaw faworytów, który przewija się zarówno w zapowiedziach i analizach redakcyjnych, jak i w dyskusjach środowiskowych. Z polskiej czwórki Adam Kałduński i Piotr Pawlak wymieniani są jako ci, którzy mogą dojść najdalej. Trzeba śledzić zmagania!
A teraz historycznie i partykularnie: czy Sądeczanie uczestniczyli w Konkursie Chopinowskim? Oto jest pytanie! Zaraz wszystko wyłożę szeroko…
Jest jedna. Aleksandra Świgut – urodzona w Nowym Sączu pianistka. W „głównym” Konkursie Chopinowskim wystąpiła w 2021 r. Zakończyła udział na I etapie. Jest żal, ale sam występ to sukces sądeckiej sceny pianistycznej.
Jest i coś pocieszającego: pani Aleksandra jest laureatką m.in. II nagrody w Konkursie Chopinowskim na Instrumentach historycznych z 2018 r. także w Warszawie. W tegorocznej edycji konkursu komentuje przebieg rywalizacji w mediach.
Świgut to nazwisko łączące lokalne korzenie z realną rozpoznawalnością na krajowych i międzynarodowych scenach – i wciąż najbardziej oczywista sądecka wizytówka w chopinowskim świecie. Niestety, nie ma na Sądecczyźnie wielkiego urodzaju na pianistów, ale możemy się pokrzepić innymi historycznymi postaciami „muzyki profesjonalnej”.
Jedziemy zatem z wielkimi artystami sądeckimi – żeby się ucieszyć, że nie jesteśmy prowincją. Jesteśmy mocni w wokalu! Ada Sari – wychowana w Starym Sączu, do dziś patronka najważniejszego lokalnego konkursu, oraz Jan Kiepura, silnie związany z Krynicą-Zdrojem. Obok nich warto wskazać sopranistkę Joannę Albrzykowską-Clifford i jej setki wykonań oratoryjno-operowych.
Przepraszam zawiedzionych, że nie wymieniłem Kordiana z Żeleźnikowej, ale piszemy o muzyce profesjonalnej.
Nie jest może mocno w pianistyce, ale za to wokalistyka jest naszą sądecką wizytówką. To pocieszające, że mamy też artystów innych dyscyplin. Wymieńmy malarzy: Bolesława Barbackiego i Marię Ritter; należy także wspomnieć Ryszarda Miłka. Z rzeźby — Władysław Hasior i profesor-performer Andrzej Szarek. Z Krynicy przychodzi klasyk malarstwa naiwnego Nikifor. W literaturze mamy Eustachego Rylskiego z Nawojowej, a w filozofii i eseistyce – Józefa Tischnera ze Starego Sącza.
Teraz czujemy się znacznie lepiej. Ale piszemy o sądeckiej pianistyce, więc jeszcze raz podkreślmy nazwisko Aleksandry Świgut.
Nie jest generalnie źle na naszym „płaskoniżu”. Mamy piękną Kotlinę, Beskid Sądecki, wiele wspaniałych miejsc w powiecie. No i dlatego „ciągną” nam Sądeczankę – w związku z tym będziemy mieć najdłuższy tunel w Polsce.
Nie będę pisał o skomplikowaniu gry Chopina na fortepianie. A konkursowicze dają radę, jest stosunkowo równy poziom. Ci młodzi ludzie na konkursie są wprost zjawiskowi.
A jutro w kinach będzie premiera filmu „Chopin, Chopin”, a tam podobno naszego romantycznego „Frycka” pokażą w innej pozie – jajcarza i fircyka. Część widzów zaprotestuje, bo przecież Chopin jest pomnikowy, a nie może być genialny tak zwyczajnie. Pamiętamy, jak Miloš Forman przedstawił Mozarta. Ten film to będzie duża próba dla naszego narodu – taki „fircykowaty” Chopin.
A co słychać na konkursie? Od dziś grają piekielnie trudne preludia. Tak, preludia Chopina są być bardzo trudne. Wykładali się na tym najlepsi. Były różne teorie na ten temat. Jedna, typowo polska, głosiła, że wykonawcy niedostatecznie poznali historię Polski – te nasze wierzby i bociany, i „polską jesień”.
Jakże łatwo sami wpychamy się w ten prowincjonalizm, zdumiewająco egocentryczny. Chopin zaproponował światu muzykę naprawdę światową, ponadczasową. Nie trzeba czuć polskich wierzb rosnących koło „Wiernej rzeki”.
Na koniec pójdę w ton międzynarodowy. Chyba najbardziej ikonicznym utworem Chopina jest Sonata b-moll. To tam jest ten „kawałek” z marszem żałobnym, grywany na podniosłych pogrzebach. Chociaż nasza „Barka” skutecznie wyeliminowała tę niesamowitą muzykę Chopina z wielu wiejskich pogrzebów.
Jest wiele wykonań tej zjawiskowej sonaty, ale mówi się i pisze, że przełom przyszedł w 1972 r. za sprawą Maurizia Polliniego. On także wygrał konkurs w 1960 roku. Dwanaście lat później nagrał wprost zdumiewające wykonanie Sonaty b-moll. Czy on znał szum polskich wierzb na potokiem?
Czy znał, czy nie znał, to możemy posłuchać tego niesamowitego wykonania. Wiem też, że kto to uczyni, stanie się stałym widzem, a jeszcze lepiej – słuchaczem kolejnych recitali konkursowych.


























































































































































































































