17 grudnia. Dwa dni z historii i dwie graniczne chwile jednego miejsca: pożar i śmierć człowieka, który nie pozwolił, aby Przehyba zniknęła z mapy i aby z Przehyby zniknęli ludzie. Dziś wracamy z opowieścią o Janie Bielaku. Z potrzeby pielęgnowania pamięci o kimś, kto był dla tego zakątka Beskidu Sądeckiego tym, co w górach najcenniejsze: mądrą, dobrą obecnością.
Urodził się 18 września 1944 roku w Starym Sączu. Góry miał w zasięgu codziennego spojrzenia i w rdzeniu osobowości. Poznawał je z zachwytu i z rzemiosła: w wieku 21 lat zdał egzamin przewodnicki, ucząc się Beskidu Sądeckiego systematycznie, cierpliwie, z uważnością na detale, które dla innych pozostają tłem.
Jesienią 1976 roku, razem z żoną Olgą, przejął prowadzenie schroniska na Przehybie. Zmienił adres i porządek życia za jednym zamachem. Przez osiemnaście lat Bielak był gospodarzem miejsca, które dla jednych było celem wyprawy, dla innych – ratunkiem, a dla wielu – powrotem do równowagi.
Irena Styczyńska, niezapomniana przewodniczka PTTK, mówiła o nim: „Łączył w sobie dwie wspaniałe cechy: wiedzę i charakter górala. Ciągle się uczył, ciągle czytał, ciągle pytał”. Umiał opowiadać o szlaku, o potoku, o drzewach, nazywał po imieniu ptaki i zwierzęta, pokazując je „mieszczuchom” z czułością, nie z wyższością.
Był człowiekiem paradoksu, rzadkiego i trudnego: samotnik, który lubił ludzi. Rozmawiał z nimi wtedy kiedy trzeba – lekko i poważnie, słuchał, uczył się od innych. Inni – od niego.
Ogień
17 grudnia 1991 roku schronisko spłonęło. Najpierw strych, potem gontowy dach, wreszcie całość. Po 45 minutach dotarła straż pożarna ze Starego Sącza. Był mróz, śnieg po pas, brakowało wody. Pozostały tylko betonowe mury parteru. Bielakowie skończyli generalny remont rok wcześniej.
To mógł być koniec. Nie był. Jasiek uwziął się. „Nie ma schroniska? No to będzie”. I jest. Wydeptywał ścieżki, prosił ludzi, założył fundację na rzecz odbudowy schroniska. Zanim powstał główny budynek, uruchomiono mniejszy, wolno stojący obiekt nazwany przez bywalców „Jaśkówką”. Nazwa przyjęła się naturalnie, jakby nie mogło być inaczej.
Dom
Bielak miał mieszkanie w Nowym Sączu. Czasami nawet w nim bywał. Jego prawdziwym domem była Przehyba – polana, dawna hala łemkowska, miejsce o długiej, naznaczonej historii: schronisko zbudowane przez PTT w latach 1936–37, spalone przez Niemców w 1944 roku, odbudowane i otwarte w 1958. Od 1976 roku gospodarzyli tam Bielakowie. Tu Jan i Olga obchodzili 28-lecie małżeństwa, tu wychowywali troje dzieci: Piotra, Kingę i Katarzynę. Kasia, najmłodsza, przyjechała na Przehybę, mając trzy dni.
17 grudnia 1994 roku padał gęsty śnieg, porywany wichrem. Widoczność: kilkanaście centymetrów. Jan Bielak wracał do domu, na Przehybę, skuterem śnieżnym, jedynym środkiem, który mógł się wtedy przebić. Kilka godzin wcześniej szlaban w Gaboniu był otwarty. Ktoś go zamknął. „Ostatnią rzeczą, którą zobaczył Jan Bielak przed śmiercią, był pomalowany w biało-czerwone pasy szlaban. Opuszczony na wysokości jego twarzy”. Zginął dokładnie trzy lata po pożarze schroniska.
Po
Po jego śmierci Olga Bielak chciała odejść. „Myślałam, że będzie mi ciężko w tym miejscu”. Dzieci powiedziały: „Mamo, zostajemy”. Zostali jeszcze długo…
Przy szlabanie w Gaboniu stoi granitowy głaz upamiętniający Jana. A ludzie nadal mówią o nim najprościej, jak się da: to był dobry człowiek.
Autor wspomnienia o Janie bielaku opublikowanego w 2004 roku w „Dzienniku Polskim”, Jacek Zaremba, zakończył słowami Sienkiewicza: „Co śmierć zabierze, to miłość posieje. I to jest życie”. I trudno o lepsze podsumowanie.
Źródła:
- Pół wieku na Przehybie… Rodzina Bielaków żegna się ze schroniskiem – dts24.pl
- Strażackie wspomnienia. Schronisko na Przehybie płonęło… – dts24.pl
- Historia schroniska na oficjalnej stronie schroniska – przehyba.pl
- Ballada o Jaśku Bielaku – dziennikpolski24.pl


























































































































































































































