Jak na sesji rodziły się dzieci i miliony znikały

Jak na sesji rodziły się dzieci i miliony znikały

No i szedłem sobie we wtorek po płycie rynku, wracałem z Rynku Maślanego, gdzie kupiłem świeżuteńkie rydze na jajecznicę. To osobny wątek i nie chcę z tego robić sprawy. Szedłem niespiesznie, nie wolno, ale z osobistym dostojeństwem. Tylko tak należy chodzić po naszym rynku. Ci, którzy biegają, powinni zostać natychmiast aresztowani za zakłócanie miru domowego, no i dumy miasta.

Pod Kasztanem trzeba zawsze przystanąć, pokłonić się na cztery strony świata, pomilczeć minutę i dopiero wtedy można wykonywać indywidualistyczną akcję. Nie wiedziałem, że o 12, w samo południe, odbywała się sesja rady miasta. Poinformował mnie o tym magistracki strażnik, który właśnie wyszedł zaczerpnąć świeżego powietrza z domieszką nikotyny.

Nie miałem swojej czapki-niewidki, zatem nie mogłem wkroczyć na salę sesyjną. Niestety. Byłem zmuszony zdać się na relację Pana Strażnika. On co pół godziny wychodził i opowiadał, co na sali się dzieje. Mówił dziwne rzeczy, ale zakładam, że nie był tendencyjny, ponieważ mówił to, co widział, czasami tylko „serce” ponosiło go. Ale ja postanowiłem pisać to, co mi mówił, bez ingerencji w jego słowa.

Opowiadał, że precedensowo laudacji na cześć szkoły samochodowej nie wygłosił znany radny, który najczęściej je wygłasza. Podobno jest to nawet ukartowane – dają nagrody i tytuły, ale Pan Prezydent, gdy laureat mu się nie podoba w 100%, wyznacza tego radnego i on mówi laudacje. Podobno Pan Prezydent idzie wtedy do swojego kantorka, ogląda transmisję i bardzo się śmieje.

Przyznam, że nie mogłem w to uwierzyć, ale laudację na rzecz naszej szkoły samochodowej wygłosił sam Pan Przewodniczący i była nienaganna. Ów radny jednak nie odpuścił i wdarł się na ambonkę, gdzie opowiedział swoją historię życia, a jest absolwentem tej szkoły. Przy okazji przytoczył swój życiorys – gdzie się rodził, ile wycierpiał on i jego rodzina. A wszyscy wyszli na ludzi. Jedna urzędniczka popłakiwała w kącie, chyba ze wzruszenia.

Potem była sprawa dotycząca sądeckiego sierocińca albo żłobka. Pan Strażnik nie zapamiętał tego dobrze. Ale ja koryguję – chodzić musiało o żłobek. Podobno dzieci nierówno rodzą się na sądeckich osiedlach. Na tych, gdzie organizowane są imprezy integracyjne w ramach BO, dzieci się rodzą, a na innych jest krucho z prokreacją. Trudno w to uwierzyć, ale tak podobno gadali. Muszę wierzyć na słowo Panu Strażnikowi.

Będą zatem likwidować jeden żłobek, bo nie ma dzieci. Nasi sądeccy pisowcy chcieli go jednak utrzymać, mimo pustych kosztów, aby ten żłobek był zachętą do czynów prokreacyjnych – że oto jesteśmy w gotowości na akty miłośnie konstruktywne. Pusty żłobek miał być żywą zachętą. Ale decyzją władz zlikwidowano ten przybytek. Posypały się gromy na Pana Prezydenta.

Mnie wydaje się, że jest to niesłuszna decyzja, bo ona nie bierze pod uwagę aktów wolicjonalnych ex ante. W tej sprawie zaprotestował ten radny z twarzą rzymską i grubym głosem. On się nie certolił – jak zwykle zresztą. Nastąpiła potem licytacja i jeden radny, ten z nieznaczną otyłością, oświadczył, że on „zrobił swoje” i ma cztery córki. A to wiemy, że podnosi czyn prokreacyjny do kwadratu. Przesadził – po prostu córki liczą się podwójnie, a nie do kwadratu. Jest znaczna różnica pomiędzy 8 a 16.

Potem wyniknęła bardzo ciekawa awantura o prywatyzację w Nowym Sączu. Nasi sądeccy pisowcy wzięli w obronę „prywaciarzy”, oskarżyli ratusz, że ogranicza wolność gospodarczą, bo wszędzie chce budować. Na co radni koalicji rządzącej zarzucili naszym Pisowcom, że są niekonsekwentni. A potem wszystko się wymieszało, poszły „podwójne nelsony” i było kilka przerw, bo ten radny z rzymską twarzą i grubym głosem wpadł w mocną irytację i chciał porozmawiać po męsku z „urzędnikiem” prezydenta.

No i potem przeszli do sprawy stadionu i tutaj była czysta awantura. To nawet nie dziwi. Pan Prezydent w funkcji zastępcy zaprezentował wstrząsającą prezentację. Oświadczył, że stadion swoje kosztował, bo jest najpiękniejszy w Polsce. Jakość kosztuje – i podał cyfrę kosztów: 221 milionów. Na to nasi sądeccy pisowcy zaprotestowali zgodnym chórem.

Padły argumenty, że ratusz się przechwala wartością tej inwestycji, a ona wynosiła zaledwie 160 milionów. No i że w związku z tym nie jest to żadna znacząca inwestycja w naszym mieście. Kłócili się jak dzieci o te 61 baniek. Czy to one mogą przesądzać o prestiżu? „Rzymianin” dymił równo. Ale jest wśród naszych pisowców taki wycofany Seneka. On przemówił wolno i dobitnie. Już by wyszło na jego, ale ten „Rzymianin” znowu zaczął dymić i zebrani zapomnieli, o czym mówił „Seneka”.

Potem wyszło, że stadion jest jednak najtańszy w Polsce, gdy zestawi się go z ilością krzesełek i studzienek kanalizacyjnych w mieście.

No i pokłócili się o kasę, o koszty stadionu. W tym momencie przemówił ten radny z owalną twarzą, co gada tak śpiewnie. Oświadczył, że on jest tutaj ekonomistą i może wytłumaczyć, na czym polega atrakcyjność oprocentowania – stałego. Pan Prezydent podobno wynegocjował precedensowe warunki oprocentowania – tego stałego.

Ono, to oprocentowanie, może być nawet minusowe i gdyby pociągnęli jeszcze budowę do 2050 roku, to stadion wyszedłby za darmo. Bank by dopłacał. Ale teraz Sandecja gra na rewelacyjnym poziomie i dlatego skończyli budowę i urwali czas kredytowania. Tylko dwa lata udało się przedłużyć budowanie.

Na to powiedział ten radny od naszych Pisowców, ten, który chce uchodzić za normalnego i merytorycznego, że on był z dużą rodziną i masą dzieci na sektorze D i tam działy się sceny dantejskie. Nie ujawniał co, ale chyba dach przeciekał, chociaż „wcale nie padało”.

Ta opowieść sprowokowała Rzymianina i nazwał prezydenta „urzędnikiem”. A jemu tak poszło w pięty, że wyszedł z sali ze łzami w oczach. Potem były krzyki i przerwy.

A ta Pani Radna, którą usunęli z klubu sądeckiego pisu nic nie mówiła, a prezentowała się niezwykle dostojnie. Kamerzysta omijał ją z ostrożnością, rzęsy miała zrobione nienagannie… Zresztą wszyscy wyglądali dostojnie i wspaniale. To musi się podobać i cudownie oglądać. Najlepiej na żywo.

Taka to była sesja rady. Ja stałem tym razem pod Kasztanem i miałem relację z „drugich ust”. Muszę chodzić zawsze z czapką-niewidką.

Czytaj też:

Małgorzata Szarek – MolTok

Filmoteka dts24

217 Videos