Z Tomaszem Budziochem rozmawia Wojciech Molendowicz.
-Mieszkasz w Gorlicach i masz jedną z najbardziej nietypowych prac na świecie, która rzuca Cię w różne miejsca na globusie. Gdybym miał nazwać Twoją rzadką specjalność, to chyba jesteś monterem systemów bezpieczeństwa na lądowiskach śmigłowców…
– Można to tak nazwać. Rzeczywiście nawet w skali świata to dość specyficzna praca. Jest ledwie kilka firm, które produkują takie systemy bezpieczeństwa, a ta dla której pracuję – ja i kilkanaście innych osób – jest jedną z wiodących. Jej siedziba znajduje się w Finlandii, a fabryka siatek zabezpieczających w Tallinie w Estonii.
– Rozumiem, że to nie są takie zwykłe siatki?
– To specjalne siatki przeznaczone do helidecków, czyli lądowisk dla helikopterów. Mają specjalny skład, są zrobione są z poliestru z domieszką juty i innych włókien. Posiadają właściwości absorbujące energię upadku. Jeżeli ktoś by na taką siatkę spadł, to nie odbija się jak na ogrodowej trampolinie, ale jego lądowanie jest dosyć miękkie. Ważną właściwością tych siatek jest duża odporność na czynniki atmosferyczne: morską wodę, promieniowanie UV, ptasie odchody. A takie czynniki to duży problemem na platformach i statkach.
– Skoro takich firm jest niewiele na świecie, to znaczy, że zapotrzebowanie na tego typu usługi jest ograniczone, bardzo specjalistyczne.
– Ktoś zrobił nawet takie zestawienie, z którego wynika, że helidecków, czyli lądowisk dla helikopterów na statkach i platformach jest na świecie ok. 30 tysięcy. Są też lądowiska na dachach hoteli, ekskluzywnych jachtach, miejscach związanych z wojskiem. Łącznie jakieś 50 tysięcy. Tu dodajmy, że te siatki mają długi okres użytkowania. Obowiązkowo trzeba je wymieniać po 10 latach, więc zapotrzebowanie na tego typu usługi siłą rzeczy jest ograniczone.
– Spróbujmy sobie to zwizualizować. Twoje miejsce pracy trochę przypomina sceny z Jamesa Bonda albo innych filmów akcji. Na dachu drapacza chmur ląduje śmigłowiec i wysiadają jacyś ważni ludzie…
– Tak to mniej więcej wygląda. I siatki jakie tam montujemy zabezpieczają ich przed ewentualnym spadnięciem z takiego lądowiska. A helidecki usytuowane są w różnych dziwnych miejscach. Na przykład na statkach zaopatrzeniowych, które obsługują platformy wiertnicze, lądowisko jest na dziobie i w części wisi ono nad wodą. Z kolei na platformach lądowisko jest najczęściej usytułowane 60-70 metrów nad powierzchnią wody. Gdyby ktoś spadł z takiej wysokości to szansa na szczęśliwy finał upadku jest minimalna. Efekt jest podobny jak przy upadku z wysokości na beton. Dlatego właśnie helidecki są specjalnie zabezpieczane. Siatki chronią nie tylko ludzi, ale też towary. Bagaż, który przylatuje z pracownikami, może być zdmuchnięty przez silny wiatr, nie tylko przez maszynę. Śmigła helikoptera są po wylądowaniu ustawione w takiej pozycji, że podmuch jest stosunkowo niewielki. Być może brzmi to trochę jak przepisy BHP, choć w wydaniu, z jakim nie mamy na co dzień styczności. Na lądzie o tych sytuacjach mamy mgliste pojęcie.
– Kiedy rozmawiamy, wróciłeś właśnie z pracy…
– Jak zawsze, albo właśnie wróciłem, albo niebawem wyjeżdżam. Ostatnio byłem w Norwegii na platformie Draupner. Gdybym wytyczył linię prostą na mapie między Stavanger w Norwegii a Aberdeen w Szkocji, to jest usytuowana mniej więcej w połowie drogi na Morzu Północnym. To platforma gazowa, ale nie wydobywcza, tylko przepompownia. Do niej schodzą się rurociągi z platform gdzie są odwierty i które wydobywają gaz. Przez platformę Draupner przechodzi około czterdziestu procent norweskiego gazu, który jest wysyłany do Europy. Wiem, że mówię o bardzo nietypowym miejscu.
Rozmawiał Wojciech Molendowicz

























































































































































































































