Sześć, zero, trzy, pięć, zero, zero… dłoń nad klawiaturą telefonu zatrzymuje się bezradnie, bo tym razem nie zadziała klucz złożony z dziewięciu cyfr, które zawsze – niezawodnie – otwierały DOBRĄ rozmowę. Ktoś, kto od 25 lat był po drugiej stronie elektromagnetycznej fali, odłożył telefon, odłożył wszystko i przeszedł na zupełnie inną Drugą Stronę. Nie zabrał nic. A może jednak spróbować…? Może fizyka ma jakieś wyjście awaryjne z tej sytuacji? Myśli się plączą: „dzień dobry Rektorze” – fala dźwiękowa zamieniona w sygnał elektryczny, sygnał elektryczny nałożony na falę nośną, wysłany przez antenę jako fala elektromagnetyczna do stacji bazowej i dalej – siecią TAM. Tylko, że Tam – brak zasięgu. Albo potrzebna zupełnie inna częstotliwość fali.
Są tacy ludzie, których numeru telefonu nie potrafię usunąć z pamięci, choć wiem, że już nie zadzwonią, ani nie odbiorą połączenia. Numer do Rektora Krzysztofa Pawłowskiego też jest „nieusuwalny”. Tak samo jak wszystko to, co po sobie pozostawił.
Dawno temu na Śląsku, gdy zaczynałam studiować psychologię, na jednym z wykładów padło zdanie – drogowskaz dla przyszłych psychologów i psychoterapeutów, przypisywane amerykańskiej poetce Mai Angelou, które „robi robotę” podobną jak biblijne przykazanie miłości: wystarcza za cały Dekalog życiowych drogowskazów: „ludzie zapomną to, co mówisz, ludzie zapomną to, co robisz, ale nigdy nie zapomną, jak się przy Tobie poczuli”.
Krzysztof Pawłowski mówił w taki sposób, że drugi człowiek czuł się ważny, otulony uwagą, zauważony od swojej najlepszej strony. Od mojej pierwszej rozmowy z Rektorem – mniej więcej ćwierć wieku temu – tego przede wszystkim chciałam się od niego uczyć i uczę się do dziś. Sztukę komunikacji miał opanowaną do perfekcji. Słuchał, by usłyszeć. W świecie, w którym większość dialogów to mijające się monologi, to rzadka i cenna waluta. Pytał, zamiast czytać w myślach, bo musiał wiedzieć, że iluzja wiedzy „co autor miał na myśli”, to często początek konfliktu. Był twardy dla problemów ale zawsze miękki dla Człowieka. Doceniał. Nie oceniał. Powiedzieć, że „doskonale się komunikował” – byłoby banałem. On w rozmowie ucieleśniał szacunek do drugiego człowieka.
I coś jeszcze: potrafił cieszyć się drobnostkami. Również tymi dziennikarskimi. Kilka lat temu, gdy napisałam prosty, krótki, zupełnie zwyczajny tekst informujący o tym, że ukazała się drukiem jego biografia, dostałam od niego taką wiadomość:

Kiedy wczoraj świat na chwilę zatrzymał się na wieść, że serce Rektora Krzysztofa Pawłowskiego przestało bić, pomyślałam, że ten tekst powinien raz jeszcze trafić do obiegu, z dopisanymi na końcu dwoma zdaniami będącymi klamrą tego ważnego dla mnie wspomnienia.
Więc przypominam:
„Z moim ciałem działo się coś dziwnego. Zupełnie nie potrafiłem się ruszyć. Pamiętając gdzie położyłem telefon, zadzwoniłem do Marysi. Zapewne zdołałem coś powiedzieć, bo skutek był natychmiastowy. W jednej chwili Marysia z Kingą pojawiły się przy mnie. W jaki sposób znalazłem się w karetce, tego już nie pamiętam (…) Jechaliśmy na sygnale, bardzo szybko. Samochody robiły dla nas korytarz. Ale i tak ta podróż do Krakowa była horrorem. Wiedziałem już wtedy, że to udar i że jest ze mną krucho, a przez całą drogę z Nowego Sącza do Brzeska, gdy bez przerwy podskakiwałem na łóżku, miałem wyłącznie jedną myśl: ta droga jest w koszmarnym stanie. Komuś trzeba to zgłosić…”
To fragment prologu książki, której bohaterem jest człowiek kochający szaloną miłością życie, swoją piękną żonę Marię, swoje dzieci (jest ich kilkanaście tysięcy), swoją dużą ojczyznę – Polskę i małą – Sądecczyznę. Jego szalony pomysł na zawsze odmienił życie wielu ludzi. Odmienił też Nowy Sącz. Dokładnie 6 grudnia, w „Mikołajki” do drzwi domów jego dzieci rozsianych po całym świecie dotarł prezent: książka opowiadająca o pasjach, rozterkach, zachwytach i o życiu „Taty”. Z tej książki można nauczyć się więcej niż z najlepszych wykładów na najlepszych uczelniach świata. O tym, że na przeciwności warto spojrzeć nie jak na barierę, lecz jak na wyzwanie. O tym, że planowanie jest ważne, ale jeszcze ważniejsze są śmiałe marzenia. O tym jak ważna jest miłość – panaceum na wszystkie troski. O dobrym zarządzaniu, w którym najważniejszym wyzwaniem jest umiejętność zbudowania pięknej relacji z ludźmi.
Nie przez przypadek zacytowałam we wstępie akurat ten fragment, w którym los przypomina, że życie człowieka jest ulotne, że ogromne znaczenie ma to, kto przy nas jest kiedy wpadamy w śmiertelnie niebezpieczne turbulencje i w jakich okolicznościach te turbulencje nas zastaną. Pięknie napisana i pięknie wydana książka opowiada o życiu Krzysztofa Pawłowskiego, ale nie on jeden jest jej bohaterem. Już od pierwszych akapitów wiadomo, że mnóstwo dobrych rzeczy, które działy się (i dzieją nadal!) za sprawą i z udziałem głównego bohatera, to zasługa jego Anioła na Ziemi. Kobiety, która od września 1969 roku chroni go swoją miłością, czujnością i troską.
Pani Mario. W imieniu kilkunastu tysięcy dzieci Pani Męża dziękuję za to, że tak pięknie Pani o Niego dba.
Tato – Rektorze! Wspaniały prezent ze wspaniałym terminem ważności: ZAWSZE.
Pani Mario. Dziękuję za to, jak pięknie Pani o Niego dbała. Tato, Rektorze – do widzenia, albo do usłyszenia, jeśli fizycy odkryją jaka częstotliwość fali pozwoli znów Pana usłyszeć.
Iwona Kamieńska
zdjęcie w nagłówku: Maria i Krzysztof Pawłowscy; 1969 r.; z rodzinnego archiwum



























































































































































































































