Jestem zmuszony napisać jednak sprostowanie do mojego tekstu o Peryferiadzie z ojcem Pirożyńskim. Dlaczego?
Byłem na festiwalu Peryferiada. Rozmawiałem z ludźmi. Robiłem to incognito. Słuchałem. No i zorientowałem się, że kilka osób, z którymi rozmawiałem, nie zrozumiało jednak tekstu. Przyznam, że mnie to zaskoczyło.
Wydaje mi się, że miewamy problemy umownością, kontekstem. Kilka osób potraktowało tekst jak „atak na festiwal”. To mnie zaskoczyło bardziej niż „recenzje” ojca Pirożyńskiego.
Linearna dosłowność to przecież odwrotność języka sztuki. A język sztuki nie wyczerpuje się w deklaracji – on musi prowokować, niepokoić, czasem nawet kąsać. Inaczej zamienia się w sprawozdanie z porannej mszy w Telewizji Trwam.
Obecnie przeżywamy niesamowity czas – i to w sensie kulturowym. Na naszych oczach zmieniają się znaczenia. Rodzi się nowy porządek podziałów. Nie klasowy. Nie ideologiczny. Kulturowy. Coraz wyraźniej buduje się front.
Polaryzacja nie przebiega już między „liberałami” i „konserwatystami”, ale między tymi, którzy rozumieją grę języka, a tymi, którzy od języka oczekują tylko jednego: posłuszeństwa. Mówi się dziś – całkiem poważnie – o „kulturze lewackiej” i tej „prawomocnej”.
Ostatnio niejaki Bąkiewicz zapowiedział nawet wojnę o kulturę. Stwierdził: My dzisiaj naprawdę musimy przystąpić do kulturowej, cywilizacyjnej i historycznej wojny. Nawet dzisiaj posypały się protesty w sprawię Karoliny Kózki usuniętej patronki szpitala w Krynicy. To jest również w duchu ojca Pirożyńskiego.
W tym sensie właśnie ojciec Pirożyński naprawdę ożył. Ma dziś rzeszę uczniów. Naśladują go bez mrugnięcia okiem.
Mój tekst, opublikowany przed Peryferiadą, miał charakter eksperymentu krytycznego. Była to parafraza, pastisz, może nawet apokryf. Właściwie to nie był tekst o Peryferiadzie – to był tekst o tym, jak mówi się dziś o kulturze. Jak łatwo przychodzi niektórym rozdzielanie twórców na tych „od Ojczyzny” i „od zgorszenia”.
Jak wygodnie cytuje się wypowiedzi sprzed lat, by zbudować portret wroga, a jak rzadko zadaje się pytanie: po co ci ludzie naprawdę robią sztukę, kręcą filmy? O czym chcą mówić? I czy mają do tego prawo?
Otóż mają. I właśnie dlatego Peryferiada ma sens.
Nie jestem naiwny. Wiem, że sztuka potrafi drażnić. Bywa obrazoburcza. Czasem celowo. Czasem niechcący. Ale mój tekst nie był w żaden sposób „atakiem na festiwal”. Wręcz odwrotnie. Uruchomienie wyobraźni zaczyna się od aktu woli.
Trzeba nam poszerzać pole percepcji tekstów, a także oglądanych filmów. O czytanie uważne, z kontekstem, z filtrem ironii. Bo przecież jeżeli mamy się dziś na czymś uczyć – to nie z Pirożyńskiego. To on uczył, że najbardziej niebezpieczne są miny śmiertelnie poważne, bogoojczyźniane.
Możemy się różnić w ocenach filmów. Ale to jeszcze nie znaczy, że mamy przekształcać festiwal w przegląd kina duszpasterskiego. Tak chciałby nie tylko Pirożyński. Nie tylko on zresztą.
Jeśli Peryferiada ma być naprawdę konstruktywnym festiwalem filmowym, to nie znaczy: czysta jak wykrochmalony obrus. To znaczy: gotowa do rozmowy. Z gośćmi. Z widzami. Z samą sobą. Z ojcem Pirożyńskim także.
Dosłowność i linearność jest pułapką. Tak nie odczytamy właściwie filmów Peryferiady. Bo problem nie w tym, że Peryferiada pokazuje filmy trudne. Problem w tym, że nie należy ich czytać tak, jak się czyta instrukcję obsługi pralki: co wolno, czego nie wolno, co grozi zalaniem sumienia.
Tylko że kino to nie pralnia. Nie odplamia. Nie prasuje światopoglądu. Dobre kino nie mówi: „będziesz zbawiony” ani „będziesz zgorszony”. Ono mówi: „zobacz sam, co naprawdę widzisz”. Ale żeby to zobaczyć, trzeba wysiłku., aby wyjść poza dosłowność. Trzeba uruchomić wyobraźnię. Jak chce się łatwego morału, to można oglądać komedie romantyczne. Tam miłość zawsze zwycięża.
W filmach Peryferiady można dostrzec coś więcej niż poszczególne sceny…
„Sny pełne dymu” nie opowiadają o alkoholizmie ani o fabrycznym smogu. One pokazują, jak w duszy gęstnieje brak – i jak długo człowiek potrafi żyć w zawieszeniu między upadkiem a nadzieją. Tego się nie da wypunktować. Trzeba poczuć rytm oddechu tej ciszy.
„Benek” nie jest historią o górniku, który się poddał. To film o tym, że zło wcale nie musi być spektakularne. Czasem zło wygląda jak zmęczona twarz i trzecie piwo. Pisano o „banalności zła”.
„Diabły, diabły” to nie atak na wieś, ale przypowieść o strachu, który zmienia wspólnotę w tłum. O tym, że plotka jest bardziej zaraźliwa niż zaraza. I że czasem diabeł ma twarz sąsiadki, która mówi szeptem.
„Cudowne miejsce” nie szydzi z wiary. Ono pyta, co zostaje z cudu, kiedy zabiera się z niego miłość, a zostawia tylko marketing.
„Chłopi” to nie katalog grzechów. To ikonostas ludzkiej duszy. Brudnej, pięknej, rozdartej między ziemią a niebem. Trzeba patrzeć dłużej niż pięć sekund. I nie zatrzymywać się na tym, co „nieprzyzwoite”.
„Gabinet doktora Caligari” nie jest filmem o świrach. To ostrzeżenie: kiedy społeczeństwo przestaje myśleć samodzielnie, pojawia się ktoś, kto myśli za nie. Tylko że potem już nie ma jak się obudzić. Jakie to teraz aktualne…
„Sonata” to nie wzruszająca bajka o niepełnosprawnym. To pytanie o to, ile warta jest sztuka, kiedy trzeba ją wygryźć z ziemi pazurami. To nie słodycz. To krwawica.
I nawet „Rozkosze gościnności”, choć wydają się najlżejsze, nie są tylko śmieszną ramotą. To film o honorze, który ma reguły – nawet jeśli są absurdalne. O świecie, gdzie nie wolno zabić gościa w salonie, ale można w sieni. Brzmi śmiesznie? Zastanówmy się, gdzie dziś przebiegają nasze moralne korytarze.
Wszystkie te filmy trzeba oglądać nie tylko oczami, ale i z wewnętrznym komentarzem, który nie zna odpowiedzi przed projekcją. Trzeba zdjąć okulary literalności, wyłączyć tryb wyobraźni i włączyć coś o wiele rzadszego: ufność, że nie wszystko da się rozwiązać jednym cytatem z Pirożyńskiego i Jędraszewskiego.
Dlatego mój tekst był potrzebny. Ale nie jako werdykt – raczej jako prowokacja. I nie do tego, by oburzyć. Do tego, by przeczytać jeszcze raz. Powoli. W całości. Z oddechem. Z wyobraźnią.
Wtedy można zrozumieć – odwrócenie. Czy nie były śmieszne te „recenzje”? Niestety, one mogłyby zostać napisane naprawdę. Zresztą, rok temu została napisana taka sama „recenzja”, dyskutowano w podobnym tonie na sesji rady gminy. Podobnie się pisze teraz o sprawie Kózki, jako ataku na katolicką wiarę. Skąd ta dewocja? Ale walka toczy się o każdy klerykalny przyczółek.
Pirożyński, jak Lenin – wiecznie żywy.
Kino festiwalowe to nie kazanie. To dialog z człowiekiem, który nic nie wie na pewno – ale szuka prawdy z taką siłą, że warto przy nim usiąść. Choćby na leżaku. Choćby z niepokojem uzbrojonym w wyobraźnię.
I tego Pirożyński nigdy nie zrozumiał. Ale można wymienić jednym tchem tuzin innych nazwisk.



































































































































































































