Czerwiński: jako minister wolne terminy miałem o 4:30

Czerwiński: jako minister wolne terminy miałem o 4:30

Andrzej Czerwiński

Rozmowa z Andrzejem Czerwińskim, Honorowym Obywatelem Nowego Sącza, byłym prezydentem miasta, posłem i ministrem skarbu państwa.


– Jak się Pan czuje w nowej roli?

– Dziwnie się czuję, bo nigdy nie byłem w takiej sytuacji. To znaczy, nie jestem przyzwyczajony żeby mnie chwalili i nagradzali.

– Woli Pan być krytykowany? Jako polityk trochę Pan tego zażył.

– Krytyka czy inny punkt widzenia raczej motywuje ludzi aktywnych do lepszego działania. Krytyka jest elementem podejmowania decyzji, a w zarządzaniu istnieje element kontroli. Czyli sprawdzamy czy idzie zgodnie z ustaleniem czy należy zrobić korekty. Z krytyką trzeba umieć żyć i wyciągać z niej wnioski. A jeśli teraz ktoś dostrzegł moją pracę, jako wartą podkreślenia i uhonorowania, to ja chcę to potraktować jako nagrodę dla ludzi, z którymi miałem możliwość współpracy.

– Chyba nawet widziałem te osoby na sali podczas uroczystej sesji.

– Szczerze mówiąc – to nie mógł ich pan widzieć! Tych, z którymi ja współpracowałem było kilka tysięcy osób. W ratuszu mógł pan widzieć osoby, które są w miarę zdrowe, miały czas i chciały przyjść.

– Nie przesadził Pan z tymi tysiącami?

– Ani trochę. Mam na myśli ludzi, z którymi współpracowałem na kilku szczeblach od prezydenta miasta poczynając. I to jest największa satysfakcja, że mogłem podziękować – choć nie wiem, czy do wszystkich dotarło – tym, którzy tworzyli grupy zadaniowe i wspólnie robiliśmy coś dla ludzi, dla obywateli. Dlatego jeśli pan pyta jak się czuję z tym tytułem, to mam obawę czy powiedziałem dostatecznie jasno, że to co się udało zrobić przez te wszystkie lata na różnych stanowiskach, to nie jest moja zasługa, tylko efekt współdziałania z wielką grupą ludzi. Pan jest sportowcem, jeździ pan na rowerze i doskonale pan wie, że nikt nie ma szans wygrać wyścigu, jeśli na ten sukces nie składa się praca wielu kolarzy z jego drużyny.

– Skoro sportowe wątki Pan potrąca, to zapytam czy Pan dzisiaj już biegał?

– Dzisiaj chodziłem, biegam co drugi dzień. Wiele osób znam na sądeckich ścieżkach biegowo-spacerowych, więc oni mogą potwierdzić, że dzisiaj był dzień spacerowy, nie biegowy.

– A jak Pański pies znosi to bieganie, bo przeciec 10 km co drugi dzień to nie jest prosta sprawa.

– Mój pies ma 6 lat i dobrze znosi taką pogodę jak obecnie, kiedy jest gorąco, to nie wolno go forsować. Wtedy idę biegać sam, wracam po niego i dopiero idziemy na spacer.

– A Donald Tusk zadzwonił pogratulować Panu wyróżnienia?

– Ludzie kochani! Gdyby ktoś wiedział czym się premier zajmuje to by nawet nie pomyślał, że on się będzie jakimś Czerwińskim zajmował.

– Ale Pan nie jest dla Tuska „jakiś Czerwiński” tylko razem zakładaliście Kongres Liberalno-Demokratyczny.

– Nie mogę tego nadużywać, ale mogę przyznać, że jesteśmy bardzo dobrymi kolegami.

Harataliście razem w gałę.

– A pewnie, że harataliśmy. I bywał wielokrotnie w Nowym Sączu, w moim domu bywał, ja bywałem u niego w gabinecie, gdzie razem pracowaliśmy. Poznałem go w 1992 r. rok później założyliśmy KLD, przyjechał wtedy do Sącza, zresztą sam go przywoziłem moim samochodem. A potem byłem jednym z liderów – ale nie wyznaczonych – którzy mieli rozwinąć organizację polityczną i partyjną w terenie. To było moje zadanie.

A czym się zajmuje premier, że nie może się zajmować Czerwińskim?

– Posłużę się własnym przykładem. Kiedy zostałem prezydentem miasta i musiałem przebudować struktury urzędu, to trzeba się było spotykać z ludźmi i z nimi rozmawiać. Inaczej by nie rozumieli o co mi chodzi. Żeby to zrobić musiałem wcześniej wstawać i później wracać do domu. A jeszcze w każdą sobotę bywałem w ratuszu i każdy mógł przyjść porozmawiać na intersujący go temat. Z kolei w ministerstwie, nie dość, że trafiłem na trudny okres przekształcania firm, miałem protesty górników i pracowników energetyki pod ministerstwem, a do tego inwestycje, bo gazoport trzeba było budować. A oprócz tego przychodzili do mnie posłowie, a wiadomo, że każdy chce mieć to i tamto dla swojego okręgu załatwione.

– To musiał mieć Pan zapas czystych kartek żeby notować sobie te wszystkie życzenia.

– Miałem notes, bo zapisane w notesie nie zginie. Każdego przyjmowałem. Ale pan pytał czym się zajmuje Tusk? No więc w pewnym momencie – i są świadkowie na to – zacząłem się jako minister umawiać o 4:30 rano. Chcesz się spotkać, to ja mam wtedy wolne w kalendarzu. Zapraszam!

– Wkręca mnie Pan teraz.

– To proszę sprawdzić, są świadkowie.

– A kto Panu drzwi otwierał o tej porze?

– W ministerstwie jest portier, ale do gabinetu wchodziłem sam, w sekretariacie nastawiałem ekspres do kawy, częstowałem pierwszego gościa i rozmawialiśmy. Tak było do godz. 9, bo o tej porze zaczynały się spotkania z dyrektorami departamentów, trzeba było porozmawiać z nimi o problemach i złożyć podpis na kluczowych dokumentach. Ktoś mi nawet zwrócił uwagę, że moje biurko w ministerstwie było czyste, czy raczej puste. Stosowałem zasadę, że jeśli któryś z dyrektorów podpisał dokument, odpowiedni wiceminister złożył parafkę, to ja tylko skanowałem wzrokiem czego dotyczy dokument, a jeśli nie miałem uwag podpisywałem i nie przetrzymywałem dłużej niż godzinę żadnego pisma.

– Dobrze, zaczynał Pan pracę o 4:30, rozumiem, że nie codziennie, a teraz pozwala Pan sobie żeby dłużej spać?

– Nie! Pan się śmieje, a ja głowę daję, że pan też wstaje wcześnie.

Wcześniej niż o 7?

– Tak.

– Oczywiście, że dużo wcześniej.

– No więc domyślam się, że jak pan chce pójść na ten swój rower, to musi pan to zrobić wcześnie rano.

– Zaparkujmy rower. Chciałem Pana zapytać o Pańskie odczucia, kiedy tytuł Honorowego Obywatela wręczała Panu prezydent Bożena Borkowska, pańska wieloletnia najbliższa współpracowniczka i dyrektorka pańskiego biura poselskiego. Trochę to symboliczne.

– Odpowiadając pół żartem, pół serio to powiem, że Pan Bóg wie co robi! Kiedy zostawałem prezydentem miasta, to chyba nikt nie wiedział, że ja się urodziłem 8 listopada czyli w dniu lokacji miasta. Przecież ja byłem elektrykiem, a drogi do polskiej polityki i prezydentury otworzył nam inny elektryk Lech Wałęsa. Kontynuując ten ciąg, to dyrektorka mojego biura została zrządzeniem losu prezydentem miasta. Nikt przecież tego nie planował. To wynikało z ustawy, że pełniąca obowiązki stała się pełnoprawnym prezydentem. Pan Bóg wie co robi.

– A co Pan sądzi o sytuacji w ratuszu, zatrzymaniu, a potem odsunięciu od obowiązków prezydenta i wiceprezydenta miasta?

– …

– Westchnął Pan głęboko.

– Westchnąłem, bo mogę się wczuć w sytuację prezydenta bardziej niż inni i rozumiem, co to dla niego znaczy. Był zaangażowany w setki, tysiące zadań i spotkań. Robił to, co zadeklarował, na ulicach nawet widać te hasła w miejscu robót: „To jest moja deklaracja, moje zobowiązanie”. I on to robił krok po kroku. A tu nagle taki wstrząs, że on nawet nie może przyjść do miejsca pracy. I nie może się obronić, bo na razie jesteśmy na etapie oskarżenia i rozważania czy jest przestępstwo czy go nie ma. Struktury europejskie badają sprawę bez emocji, jakie towarzyszą jej lokalnie. Potrzeba, żeby opadł kurz i wyjaśniły się sprawy. Myślę, że to nie potrwa długo, ale życie może pokazać, że komuś zależy, żeby wyjaśnianie trwało nawet dwa lata. Trzeba sobie zadać pytanie: kto może mieć w tym interes. A kto nas teraz słucha, niech sam sobie spróbuje na to odpowiedzieć. Taka sytuacja szkodzi wszystkim, a najbardziej obywatelom, bo pewne rzeczy nie mogą się toczyć z rozmachem, ale tak, jakby był zaciągnięty ręczny hamulec.

Rozmawiał Wojciech Molendowicz

Wykorzystano fragmenty wywiadu dla Regionalnej Telewizji Kablowej.

Filmoteka dts24

194 Videos