Bez środków unijnych budowalibyśmy to 50 lat

Rozmowa z Januszem Adamkiem, prezesem Zarządu Sądeckich Wodociągów.

- Zeszło z Pana napięcie? Ma Pan pewien etap swojego życia zawodowego za sobą?

- Schodzi powoli, ponieważ realizujemy jeszcze jeden, bliźniaczy projekt związany z budową wodociągów i kanalizacji w Przysietnicy oraz w dzielnicy Helena. To był projekt niezależny, którego efektem musimy wykazać się do końca roku. Zakończony projekt, który był największy w Małopolsce i dziewiąty w kraju w tamtym okresie programowania, został zakończony. Prace budowlane i rozliczenie finansowe zostały zakończone w tamtym roku. Przeszliśmy też kilka kontroli z Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska.

BOCHENSKI

- Projekt był realizowany z pieniędzy unijnych…

- Tak, 70 procentach były to pieniądze unijne. W Polsce były rozliczane przez Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i przed wypłatą tzw. transzy, czyli zapłaty końcowej, odbyła się kontrola z NFOŚ. Wypadła pozytywnie, wypłacono nam ostatnią transzę, którą musieliśmy wcześniej sami zaangażować. Zostaliśmy na koniec 2015 r. rozliczeni i skwitowani z efektu rzeczowego, czyli z ilości wybudowanych kilometrów i z efektu finansowego, czyli z prawidłowości wydatkowania środków. Równocześnie na koniec września mieliśmy złożyć raport z tzw. efektu ekologicznego. Złożyliśmy -  ponad 2,5 tysiąca więcej osób przyłączyło się do sieci kanalizacyjnej, około tysiąca osób do sieci wodociągowej.

- Pamięta Pan słynne zdjęcie, na którym grupa oficjeli w żółtych kaskach wbija pierwsze łopaty pod inwestycje? Który to był rok?

- 2010, ale idea projektu powstała w 2004 r. Czyli 12 lat minęło od pomysłu, od pierwszych rozmów między gminami. Po złożeniu wniosku aplikacyjnego, poprzez dofinansowanie po zorganizowanie przetargu oraz to historyczne wbicie łopaty.

- O czym Pan wtedy myślał? Nie miał Pan obaw?

- Wtedy była wyłącznie euforia. Nikt z nas wcześniej nie realizował takiego projektu i nikt nie zdawał sobie sprawy, z czym to się wiąże. Wcześniej Wodociągi i gminy inwestowały, budowały sieci za 4-5 mln zł, a w przypadku tej inwestycji mieliśmy do czynienia z kwotą 338 mln zł brutto. Tak więc na VAT też należało zorganizować środki, oczywiście rozliczyć go w czasie i skumulować to pomiędzy 2010 a 2015 r. Wtedy sobie chyba nikt nie zdawał sprawy, jaka to jest rzeczywiście skala i ile problemów może być po drodze.

- Gdyby Pan wiedział, z jakimi problemami się taka inwestycja wiąże, to podjąłby się Pan przeprowadzenia tego projektu jeszcze raz?

- Z całą pewnością.

- Skąd w 2004 r. wziął się pomysł, że trzeba przeprowadzić taką inwestycję?

- Ponieważ pojawiły się pieniądze na takie cele – najpierw środki przedakcesyjne, a potem pieniądze z funduszu ISPA na budowę wodociągów i kanalizacji. To był pomysł ówczesnych władz miasta i mojego poprzednika Zbigniewa Kowala. Bez wsparcia unijnego taki skok inwestycyjny byłby niemożliwy. Wspominałem, że wcześniej i teraz stać nas będzie na inwestycje wysokości 4-5 mln zł rocznie, a tu się pojawiło 300 mln w ciągu kilku lat! Gdyby nie te środki, pomysł i determinacja w jego realizacji, to taką infrastrukturę tworzylibyśmy pewnie przez 50-60 lat.

- Ta inwestycja to były również emocje. Ciągle ktoś się skarżył, a to na rozkopane ulice, na błoto, a to ktoś się nie chciał przyłączyć i powiedział, że woli mieć własną studnię…

- Z budową sieci na siłę, zwłaszcza w takim gigantycznym rozmiarze jest tak, że Wodociągi płacą za efekt finalny, za prawidłowo wykonany wodociąg i kanalizację. Oprócz wodociągu i kanalizacji robiliśmy też inwestycje w postaci modernizacji kanału, budowy czy rozbudowy ujęcia wody. To były inwestycje o tyle prostsze, że rozbudowa Stacji Uzdatniania Wody w Starym Sączu była na naszym terenie i nie był problemów z osobami trzecimi. Natomiast produkt w postaci sieci wodociągowej i kanalizacyjnej nie tworzy się gdzieś w fabryce. On się tworzy na naszych oczach. Wszyscy widzą jak to jest budowane, wszyscy odczuwają te uciążliwości objazdów. Nie zawsze jest słońce, czasem pada deszcz i wykop się obsypuje.

- I Pański telefon dzwonił wtedy nieustająco?

- Dzwoniły nasze wszystkie telefony z interwencjami i od mieszkańców, i od radnych. Suma summarum, po tylu problemach udało się wszystko doprowadzić do finału.

- Dwa lata temu, podczas kampanii wyborczej, mówiło się, że projekt wodociągowy był języczkiem u wagi. Ryszard Nowak wygrał m.in. dzięki głosom w dzielnicy Poręba, gdzie inwestycja była wówczas realizowana. Aż taka była waga tego przedsięwzięcia?

- Waga przedsięwzięcia była na pewno duża. Oprócz nowych klientów i efektu ekologicznego, wybudowaliśmy w Nowym Sączu ponad 55 km nowych dróg. I to właśnie głównie w dzielnicy Poręba budowa dróg i asfaltów była związana z odtworzeniem nawierzchni, ale powstały drogi w o wiele lepszym standardzie. Wykonaliśmy w tamtej dzielnicy badania: 70 proc. wody w studiach nie nadawała się do picia. Przed inwestycją w okresach suszy dowoziliśmy wodę cysterną.

- I mieszkańcy Poręby najbardziej docenili w wyborach inwestycję?

- Docenili, choć największy ciężar inwestycji w Nowym Sączu był właśnie przerzucony na Porębę.

- Liczby: 184 km kanalizacji, 72 km wodociągu, 55 km nowych nawierzchni drogowych. Tak najkrócej Pan sobie definiuje ten projekt?

- To są efekty rzeczowe, natomiast najważniejszym było podpisanie umów z określoną liczbą ludzi. Budowa samej sieci wodociągowej, kanalizacyjnej bez korzystających z niej mieszkańców byłaby siecią martwą, nieefektywną i wtedy byłyby te pieniądze zmarnowane. Dopiero przyłączenie się tych osób na terenie Nowego Sącza i gmin ościennych potwierdziło zasadność starania się o środki na ten projekt.

- Musieliście przekonywać niezdecydowanych, że warto się podłączyć?

- 80 procent ludzi przyłączyło się z marszu, bez problemu, 20 procent zostało zachęconych działaniami marketingowymi.

- Pukaliście od domu do domu?

- Nie, to było np. darmowe badanie wody, pokazywaliśmy jaka jest jej jakość. Były też kampanie prowadzone przez wójtów, prezydenta informujące o skażeniu środowiska, czyli o konieczności przyłączenia się do sieci kanalizacyjnej. Na pewno niebagatelna też była pomoc gmin w postaci dopłaty do przyłączy. Głównie to Nowy i Stary Sącz dopłacały do każdego metra 100 zł i do każdej studni, która wypadła na odcinku pomiędzy domem, a naszą siecią była dopłata 500 zł.

- 98 procent Nowego Sącza jest skanalizowane. Czyli widzi Pan w najbliższej perspektywie, że te brakujące dwa procent dołączy do reszty?

- Widzę to w dłuższej perspektywie, dlatego, że te dwa procent, to już są domy tak odległe od sieci, czy skupisk domów, że budowa do nich kolektorów transferowych byłaby bardzo droga.

- Czyli ci, którzy mieszkają na uboczu muszą sobie radzić sami?

- Indywidualną sprawą każdego jest prawidłowe zagospodarowanie ścieków, natomiast zadaniem własnym gminy (oprócz oświetlenia, odśnieżenia ulic) jest też właśnie budowa sieci wodociągowej i kanalizacyjnej. I tu wchodzi ekonomia. Po tej dużej inwestycji, teraz na ternie Nowego, Starego Sącza, Kamionki, Korzennej - bo to jest obszar, na którym działamy - żeby inwestować nie więcej niż 4-5 mln zł rocznie w budowę sieci. Czyli teraz trzeba będzie troszkę poczekać, żeby te 2 procent miało sieć kanalizacyjną.

- Mówił Pan o dużej ekonomii. Mieszkańców najbardziej interesuje mała ekonomia, czyli ich domowe budżety. W tym roku nie było podwyżki cen wody, pewnie sądeczanie są z tego zadowoleni, ale niektórzy twierdzą, że kiedy podwyżki nadejdą, to będą bardzo bolesne. Spodziewać się tego?

- Nie spodziewać się. W momencie starania się o środki zewnętrzne, radni mieli przedstawioną politykę taryfową. Było jasne, że po wybudowaniu sieci, czy po powiększeniu się majątku wodociągów, w ciągu krótkiego czasu wzrosną też koszty jego utrzymania. Od razu wtedy był założony mechanizm dopłaty do taryfy przez naszych właścicieli, czyli przez Radę Miasta tak, aby mieszkańcy nie odczuwali skutków wzrostu majątku. W 2008 r. spółka posiadała majątek o wartości 100 mln zł, teraz jest to 2,5 mld zł. W ciągu pięciu lat majątek nam urósł o pięćset procent, a tym samym koszty utrzymania takiego majątku też wzrosły. Gdybyśmy budowali sami, to ten majątek, który wytworzyliśmy, powstawałby 60-70 lat, a koszty utrzymania powiększonego majątku rozłożyłyby się w czasie. Aby mieszkańcy nie odczuli zwiększonych kosztów funkcjonowania przedsiębiorstwa, prezydent, burmistrz i wójtowie gmin - czyli zgromadzenie wspólników - podjęło decyzję o dopłacie dla mieszkańców. Tak więc cena wody od 2014 r. jest stała.

- Odbiorcy indywidualni nie odczuwają podwyżki cen wody, ponieważ Wodociągi nie płacą dzisiaj podatków do kasy miejskiej.

- Wodociągi od tej powiększonej inwestycji płacą dwuprocentowy podatek. Wcześniej płaciliśmy podatek od 100 mln majątku, teraz płacimy od pół miliarda. Podatek, który my odprowadzamy do gminy jest źródłem dopłaty dla mieszkańców.

- Jak długo uda się utrzymać ten mechanizm? Kiedy się spodziewać podwyżki?

- Ten mechanizm powinien być utrzymany do momentu, kiedy raty kapitałowe i odsetkowe zaczną  maleć w kosztach funkcjonowania przedsiębiorstwa. Wtedy będą mniejsze koszty taryfowe, czyli mniejsze koszty funkcjonowania firmy. Tym samym będzie można to zbilansować. To perspektywa 10-11 lat. Na taki okres nam rozłożono spłatę kapitału.

- Czyli przez najbliższych 10 lat odbiorcy indywidualni nie powinni się spodziewać podwyżki cen wody? Nie za optymistycznie to brzmi?

- Ja nie mogę tego deklarować, bo dopłata do taryfowej grupy czy taryfowych grup jest zadaniem gminy. Tak stanowi ustawa o zaopatrzeniu. Na wniosek prezydenta Rada Miasta może dopłacić, natomiast mechanizm dopłat do taryfy był wpisany w studium wykonalności, czyli dokumenty, które były podstawą udzielenia nam dofinansowania. Myślę, że ten mechanizm łagodzenia skutków większych kosztów funkcjonowania przedsiębiorstwa, będzie właśnie łagodzony poprzez dopłatę.

Rozmawiał Wojciech Molendowicz

TRADYCJATEXT

Wypowiedz się w tej sprawie