Kiedy zaczynałem, pochłaniałem kulturę na wszelkie możliwe sposoby podania, w ilościach każdych i wewnętrznej naiwności, która szukała tam wiedzy i ostatecznego oświecenia. Kiedy w końcu dotarło do mnie, że nikt nie może mi pomóc, gdyż nikt nie wie, rozpocząłem głodówkę.
Nie jest to stan, który choćby w minimalnym stopniu mnie niepokoi. Ratuję się wspomnieniami, które w moim przypadku znaczą jedynie tyle, że warto wracać tam, skąd wyszliśmy, by przypomnieć sobie, ile czasu przeszło bokiem. Skutki uboczne pasji. I choć mam to już daleko w tyle, to i tak brakuje mi czasu. Historia i wyobraźnia wciąż podsuwają mi obrazy, które z osobna umieszczam na szkiełku i karmię się nimi tak długo, jak tylko pozwala mi na to refluks nostalgii. Wędrując po zakamarkach pamięci, pozwalam sobie na luksus przejść i pominięć. To nie znaczy, że już nie wrócą, ale przynajmniej czuję, że mogę to zrobić. Przesuwam dalej pozycje z popkulturowego menu, ale często wpadam w pułapkę, próbując nimi manipulować. Licentia poetica, rzeźbiona w twardym kamieniu własnymi, zakrwawionymi palcami. Palce lizać…
Pamięć ma długie cienie i jeszcze głębsze korzenie. A treści, które z niej wydalamy, to jak utylizowanie śmieci. Kiedy pojmie się, że te „śmieci” są istotą każdego dzieła sztuki, a każdy temat, w mniejszym lub większym stopniu, opowiada o czyichś traumach – mniej lub bardziej wielopokoleniowych – traci się zapał. Happy endu nie będzie, albo będzie, ale jedna jedyna refleksja, która jest – która odbija mi się po latach tego wielkiego żarcia zza kraciastej ceraty kultury, to to, byśmy byli dla siebie milsi.
Więcej felietonów przeczytasz bezpłatnie w specjalnym wydaniu DTS. Kliknij link i czytaj numer za darmo:



























































































































































































































