Przetrwali PRL i życiowe zakręty. Legendarna cukiernia z Łącka ma już prawie 60 lat!

Przetrwali PRL i życiowe zakręty. Legendarna cukiernia z Łącka ma już prawie 60 lat!

Są takie miejsca, bez których trudno wyobrazić sobie lokalną codzienność. Niepozorny, mały domek w samym sercu Łącka, a w nim słodycz, która od niemal sześciu dekad towarzyszy mieszkańcom regionu. Cukiernia-Lodziarnia „u Gromali” to kultowy punkt na mapie gminy Łącko, który odwiedzamy w ramach letniego cyklu „Zawitał DTS…”. Choć dziś kojarzy się z zapachem świeżych ciast, puszystymi tortami i tradycyjnymi lodami rzemieślniczymi, to budowanie tej marki wymagało tytanicznej pracy, uporu i – przede wszystkim – rodzinnej jedności. Bo choć biznes ten jest wyjątkowo słodki, jego początki bywały gorzkie.

Zapraszamy Was do samego środka historii, która na pierwszy rzut oka opowiada o rzemiośle, ale tak naprawdę jest o wielkiej miłości – do lokalności, rodziny i tradycji.

W szarym PRL-u osłodzić chciał życie

Jest rok 1967, sam środek szarego PRL-u. Własność prywatna właściwie nie istnieje, a przedsiębiorczość jest na cenzurowanym. W tym ustrojowym chaosie Stefan Gromala – dziadek obecnego właściciela – wpada na pomysł, który wielu uważało wówczas za szalony: postanawia otworzyć w Łącku cukiernię i lodziarnię. Kto wie, może tym odważnym krokiem chciał po prostu pokolorować i osłodzić ponure realia komunistycznej Polski? Podstawy miał jednak solidne. Jego syn, a ojciec aktualnego właściciela – Jan, był bowiem świeżo upieczonym absolwentem szkoły cukierniczej na Śląsku.

Ryzyko było ogromne! Przecież władza ludowa nie patrzyła przychylnie na prywatną inicjatywę. De facto takie pojęcie jak wolna działalność gospodarcza w dzisiejszym rozumieniu przecież nie funkcjonowało – przypomina pan Adam, który dziś kontynuuje dzieło taty i dziadka.

Z relacji rodziców wiem, że codziennością był ciągły brak podstawowych towarów, reglamentacje, nieuzasadnione kontrole, dotkliwe domiary finansowe i mnóstwo urzędniczych absurdów. Przykład? Rodzice musieli odgórnie deklarować plany produkcji. A ponieważ przepisy zabraniały sprzedaży dwóch różnych kategorii produktów jednocześnie, w sezonie letnim zmuszano ich do wyboru: albo ciasta, albo lody. Wybór był oczywisty, stawiano na lody. W efekcie witryny na ciasta musiały stać puste – dodaje.

Przez te kuriozalne przepisy w samym środku upalnego lata – w regionie słynącym przecież z owoców – gabloty „u Gromali” świeciły pustkami.

Rodzinna sztafeta pokoleń

Historia tego miejsca to jednak przede wszystkim opowieść o rodzinnej solidarności, która pozwoliła przetrwać najcięższe życiowe zakręty. W latach 80. ubiegłego wieku, po dramatycznym wypadku Jana, całą odpowiedzialność za prowadzenie cukierni musiała niespodziewanie przejąć jego żona, Maria Gromala. Prowadziła firmę twardą ręką aż do przejścia na emeryturę.

Od lat dwutysięcznych oficjalnie przejąłem cukiernie i lodziarnie, którą prowadzę do wraz z żoną Katarzyną i córkami Gabrielą i Karoliną oraz siostrą Barbarą, która od zakończenia szkoły pracuje z nami w rodzinnym biznesie – wylicza członków rodziny zaangażowany w słodki biznes pan Adam.

Jak podkreślają właściciele, to wzajemne wsparcie w najtrudniejszych chwilach – takich jak bolesna strata ojca – umacniało ich w przekonaniu, że to, co robią, ma głęboki sens. Sens dla nich jako rodziny, ale przede wszystkim dla klientów. Bo skoro ci niezmiennie wracają, to znaczy, że to co robią Gromalowie, jest po prostu dobre.

Smak, który przyciąga już czwarte pokolenie

W czasach, gdy rynek cukierniczy zalewany jest gotowymi półproduktami i chemicznymi ulepszaczami, u Gromali niezmiennie stawia się na tradycję. Właściciele wierzą, że najlepsze wypieki to te, które są najbliżej natury.

Najlepsze ciasta są te najprostsze, czyli z naturalnych składników, które pochodzą od lokalnych dostawców. Nasze trzy bestsellery to sernik, jabłecznik oraz ciasto ucierane ze śliwkami. Myślę, że ich smak nie zmienił się od tych prawie 60 lat i to jest wartość, której próżno szukać w marketowych produktach – mówi z dumą pan Adam.

Podobnie jest z lodami własnego wyrobu. Flagowe smaki – śmietankowe, truskawkowe i jagodowe – od lat nie mają sobie równych w całym regionie. Wierność starym recepturom sprawiła, że próg niepozornego domku na łąckim rynku przekracza dziś już czwarte pokolenie klientów.

Można śmiało powiedzieć, że już czwarte pokolenie klientów odwiedza naszą cukiernię i chętnie do niej wraca. Szczególnie wzruszają nas powroty starszych osób, które chodziły do nas za młodu i pamiętają „tamte czasy” i ich smak. Teraz, nawet jeśli nie mieszkają w Łącku na stałe, to gdy tylko odwiedzają rodzinne strony, zawsze przyjdą do Gromali, by obudzić najpiękniejsze wspomnienia i znów poczuć smak beztroskiego dzieciństwa – podsumowuje właściciel.

Pracowitość, rzetelność i pokora

Zapytani o recepturę na blisko 60-letni sukces na rynku, odpowiadają krótko: pracowitość, pasja i pokora. Wszystko, co trafia na stoły mieszkańców Łącka i okolic, tworzone jest z autentyczną miłością oraz bezkompromisową troską o jakość.

Nie byłoby nas bez naszych klientów, a klienci nie wracaliby, gdyby to, co im oferujemy, było złej jakościpodsumowują z wdzięcznością właściciele, dumni, że mogą być tak ważną częścią historii oraz kulturowej tożsamości Łącka.

Sonia Groń

Nowy, letni numer DTS – pobierz i czytaj!

Filmoteka dts24

211 Videos