Rozmowa z Mają Sontag, sądeczanką przemierzającą świat na motocyklu.
– Maja, trochę się martwiliśmy o Ciebie, bo wjechałaś do krajów arabskich, kiedy rozpętał się tam konflikt…
– Ja tu już jestem dłuższą chwilę. Wsadziłam w listopadzie siebie i motocykl do samolotu i przyleciałam z Etiopii do Dubaju. Ten konflikt rozpoczął się, gdy już dobrą chwilę byłam w podróży przez kraje Półwyspu Arabskiego. Dzieje się! Ale ja ani przez moment nie widziałam tej wojny. Kiedy to wszystko się zaczęło szczęśliwie byłam w Omanie. A Oman jest nazywany Szwajcarią Krajów Zatoki Perskiej, bo jest zawsze taki pokojowy i wyważony, m.in. w rozmowach z sąsiadami i światem. Więc nie widziałam żadnych dronów, żadnych rakiet, eksplozji. Teraz wjechałam do Arabii Saudyjskiej, która również jest jakby trochę drugoplanowym graczem w tej wojnie, więc nie widziałam po drodze nawet jednego żołnierza. Co nie oznacza, że tego konfliktu nie ma, a jedynie to, że ja mam szczęście być w spokojniejszych miejscach. Ale też trzymałam się daleko od siedzib władz, baz wojskowych i ropociągów, więc bezpośrednio nie widzę tego konfliktu. Ale pośrednio mnie to dotyka, no bo ludzie uważniej mi się przeglądają, turyści tu nie przyjeżdżają. Siada tu cały biznes turystyczny. I wszyscy się tym martwią oczywiście. Nieustannie są anulowane różne loty. Ja mam już kupione jakieś najdalsze etapy mojej podróży i też nie wiem czy wtedy wylecę. Czuć niepewność jutra, ale w podróży jest trochę tak, jakby tego jutra nie było. Jestem tu chyba jedyną turystką, która została, bo wszyscy jakimiś sposobami się ewakuowali.
– To może trochę smutno, że sama na tych piaskach zostałaś. Dosłownie czujesz, że się pusto zrobiło?
– Wiesz, ja mam problem ze śledzeniem bieżących informacji. Ograniczyłam je sobie, żeby nie zwariować. Coś tam delikatnie podglądam, ale żyjemy w świecie sensacji i mam wrażenie, że do świata Zachodu, do Europy docierają jakieś mocno wyolbrzymione informacje stąd. Napompowane sensacją. Momentami wydaje mi się, że ta wojna dzieje się gdzieś wirtualnie. Tutaj, jadąc przez pustynię, nie doświadczam jej.
– Ale spotykasz po drodze ludzi, rozmawiasz z nimi. Oni czują niepokój, zmieniło się coś w bezpośrednich w kontaktach? Jesteś przecież człowiekiem Zachodu…
– Czego doświadczam? Że dla wszystkich wokół jestem po pierwsze człowiekiem, który jest w podróży i potrzebuje pomocy. I to jest dla nich ważne. Więc tutaj nikt nie ocenia innych przez pryzmat polityki zagranicznej kraju, z którego się pochodzi.
– Co się zmieniło dla Ciebie po przeskoku z Afryki w inny świat na Półwyspie Arabskim?
– Początkowo w ogóle nie potrafiłam się odnaleźć, więc musiałam dać sobie chwilę, żeby jakoś się tutaj urządzić. Bo tutaj wszystko rządzi się zupełnie innymi prawami, od najprostszych codziennych rzeczy poczynając. Po blisko dwóch latach w Afryce nie byłam nią może zmęczona, ale potrzebowałam tej zmiany i jakiejś nowej energii w mojej podróży. Na pewno podróżowanie jest tu dużo łatwiejsze. Mogę rozbić namiot gdziekolwiek, bo jest bezpiecznie, bo są przestrzenie. W Afryce wszędzie otaczali mnie ludzie. To było przytłaczające. Ale chyba najważniejsza różnica jest taka, że tu ludzie mają pieniądze. I to czuć. W Afryce było ciągłe „come to see my shop” i po prostu ciągną cię, żebyś coś u nich kupił, a inni z kolei starają się naciągnąć cię, żeby im coś kupić. Przez lata kolonializmu biały człowiek jest dla nich cały czas madam i sir. To było dla mnie takie…
Rozmawiał Wojciech Molendowicz
Cały wywiad z Mają Sontag przeczytasz w najnowszym wydaniu DTS.





























































































































































































































