Sesja o „jakimś sensie”. Pojedynek na laudacje. Arturek – między Wyspiańskim a Gombrowiczem

Sesja o „jakimś sensie”. Pojedynek na laudacje. Arturek – między Wyspiańskim a Gombrowiczem

Udałem się na wczorajszą sesję, jak zwykle z wielkimi nadziejami na wrażenia i wzruszenia niezwykłe. Będąc na płycie rynku pokłoniłem się w pas Kasztanowi. On już najwyraźniej budzi się do życia, zaciąga obficie soki spod płyty rynku, a najpewniej także z wód Dunajca i Kamienicy.

Zasiadłem na swoim miejscu na przypiecku. Pan Struś już siedział i czekał na rozpoczęcie sesji. Koegzystencję Pana Strusia oznajmił na ostatniej sesji Pan Radny Czernecki Artur. I na tej sesji jego obecność zaistniała w całej okazałości. Teraz mogłem przyjrzeć się dokładniej Panu Strusiowi.

Twarz owalna, płaskie czoło, sumiasty wąs, zwalista sylwetka. Na głowie miał czerwoną czapkę z pawim piórem, tak zwaną krakuskę. O jego krzesło oparte były skrzydła husarskie na drewnianej listwie plus szelki. Po namyśle te rekwizyty Pana Strusia mnie nie dziwiły. Zapewniały mu kamuflaż, a poza tym motyw piór rymował się z faktem, że strusie są nielotami i chcą jakoś przykryć ten deficyt prawdziwymi piórami.

Co ciekawe, obok Pana Strusia bujał się na koniku na biegunach trzylatek ubrany w strój marynarski. Mnie i to nie dziwiło. Idzie wiosna, a wiemy, że koń na biegunach jest przyjacielem wiosny. A malec, zakładam, był wnukiem Pana Strusia.

Muszę dodać, że „nasze osoby” poprzez tę mimikrę stały się nie tylko niewidzialne, ale także niesłyszalne. To sprawiła moja czapka-niewidka, krakuska i husarskie skrzydła Pana Strusia oraz marynarski strój wnuka. Byliśmy zatem – fantomowi.

Ktoś może mieć słuszne skojarzenia z postaciami, zjawami z „Wesela” Stanisława Wyspiańskiego. Pan Struś jest jako postać Rycerza, Kurek pełni rolę raczej Chochoła, a malec — to nie jest takie oczywiste. On ciążyć zaczął w kierunku … Gombrowicza.

Sesja zaczęła się sprawnym wystąpieniem Pana Prezydenta. Oznajmił, że są sukcesy z sądeczanką, most na Dunajcu będzie tanio, kolejne ulice w remoncie. Gdy słucham Pana Prezydenta, wpadam niezmiennie w optymizm i zaczynam wierzyć, że świat jest piękny, a ludzie są dobrzy.

Zostali napiętnowani jedynie ci, którzy chcieli mikromanii stadionowej, a nie 8111 miejsc. PLH pytał, jak oni teraz się czują. Odpowiem. Ja się czuję fatalnie. Jest mi głupio. Przepraszam za to publicznie. Pan Struś był chyba za 8111, bo kiwał głową ze zrozumieniem.

Potem nastąpiło to, co jest sublimacją naszych sesji. Przyznawanie tytułów, tarcz, herbów, denarów. Wtedy jest prawdziwa licytacja laudacji. Jak uwielbiam te pojedynki na laudacje. Tutaj mamy także mocnych zawodników: Panowie Czernecki, Ziaja…

Na dzień dobry była tarcza dla klubu Start. Laudację wygłosił Pan Ziaja, była w zasadzie bezbłędna, ale jednak trochę płaska. Potem jeszcze inni coś dodawali, ale nic ciekawego. Aż wreszcie głos zabrał Pan Czernecki Artur. I wygłosił swoją zdumiewającą laudację.

Ona była upstrzona niesamowitymi zagadkami. Pan Radny zastosował długie przerwy, zawieszenia głosu, do tego dołożył mimikę i gestykulację. To wszystko potęgowało tajemnicę. Ale był pewien element nowy w tym wygłaszaniu, jakby egzystencjalny, trochę stoicki. Czy Pan Czernecki pracuje z trenerem? To całkiem możliwe.

Pan Struś wszystko to starannie notował, a ja zapamiętałem takie oto fragmenty z długiej wypowiedzi Pana Czerneckiego. Rozpocznę swoją relację…

Zaczął wolno, majestatycznie, rzekł był, że jest to uhonorowanie „w pewnym sensie” wszystkich działaczy. Dlaczego w pewnym sensie — tego nie wyjawił. A mnie to zaczęło intrygować. Potem popadł w osobisty ton, który wzruszał. To także pewne novum, że Pan Czernecki podczas tej laudacji dużo mówił o „swojej osobie”, osadzał siebie w tle obficie.

Rozpoczął zaskakująco kontrowersyjny temat, że onegdaj poparł przekazanie obiektów klubu na rzecz PWSZ. Czyli… postanowił przeprosić dzisiaj klub za ten swój czyn? Jednak nie. Oświadczył, że niczego nie żałuje. I tak zaczął swoją spowiedź publicznie. Mnie przypomniał się troszku ksiądz Robak i Jacek Soplica. Ale to przecież Mickiewicz, nie Wyspiański.

Pan Czernecki opowiedział się bowiem za nauką kosztem sportu. I stąd to rozdarcie, jak w greckiej tragedii. On bowiem wówczas rozstrzygał, jako Antygona, co jest lepsze dla naszego miasta. Był wyraźnie wzruszony, a z nim bodaj pół sali. Pan Strus miał łzy w oczach.

A wtem wnuk Pana Strusia, ten chłopiec w marynarskim stroju, zsiadł z konika na biegunach. Podbiegł do stołu prezydialnego. Stanął na wprost przemawiającego i wzruszonego Pana Czerneckiego i… wyjął z kieszeni spodenek małą procę z różowymi gumami. Załadował papierowy nabój, bolec, i wymierzył wprost w Pana Czerneckiego. Pan Struś kilkoma zamaszystymi krokami dopadł malca, ujął go za lewe ucho i uniemożliwił tym samym wraży wystrzał.

Stanowczo i karcąco odprowadził chłopca pod piec i rzekł był do niego: Arturku, tak nie można! Zachowuj się! Jesteśmy na sesji rady królewskiego miasta Nowego Sącza!

Chłopiec wybuchł nagłym płaczem, ale szybko się uspokoił, ponieważ Pan Czernecki ciągnął swoją dramatyczną opowieść.

Ktoś czerpie podobno jakieś „profity” — demaskował, ale dyplomatycznie nie wskazywał nazwisk. Ci ludzie opowiedzieli się kiedyś przeciwko nauce i za klubem Start. Sala milczała. Pan Czernecki znosił „długie lata oskarżeń”, że to przez niego „klub Start przestał istnieć”. Mocne. Te wynurzenia o charakterze jakże osobistym stały się ckliwą, ale jednak spowiedzią. Tak mówił Gospodarz w „Weselu” o polskiej niemocy i zaprzepaszczonej szansie.

Wszyscy na sali zadawali sobie pytanie, czy Pan Czernecki poprze ostatecznie wniosek o nagrodzenie tarczą klubu Start. On nagle wypalił, że… popiera! Czuć było ulgę. Więcej — zaczął wymieniać wszystkich działaczy, bez wyjątku. Potem dziękował zawodnikom, ale powiedział retorycznie, że „co zawodnicy by potrafili, gdyby nie mieli mózgu w tym klubie”. To zabrzmiało dość tajemniczo.

No i Pan Czernecki dywagował o Rybarskiej, o hotelu Beskid, aż wreszcie zaskoczył zupełnie. Powiedział bez ogródek, że Pani Klaudii Zwolińskiej gratulował tych wszystkich zwycięstw. I ona, Pani Klaudia, podczas osobistych spotkań z Panem Czerneckim – „podzieliła się swoimi osobistymi problemami”.

Szmer przeszedł po sali, a wnuk Pana Strusia, Arturek, spadł z konika bujanego. Ale nie płakał. Słuchał dalej, że „73 lata to kawał czasu i kawał wychowanków”.

Ta tarcza, to wedle Pana Radnego jest także „w pewnym sensie” forma podziękowania nas wszystkich. Dlaczego w pewnym sensie? Jaki to sens? Tego Pan Radny nie ujawnił już do końca swojej sentymentalno-dygresyjno-rozrachunkowej mowy.

Ale coś innego elektryzowało. O jakich swoich osobistych problemach opowiedziała Panu Czerneckiemu nasza mistrzyni? Mnożą się pytania i spekulacje.

Ale może Pan Czernecki opisze to w swojej książce? A tę podobno pisze i tam zapewne opisze swoje osobiste relacje z Panią Klaudią Zwolińską. To zapewni jej wielką poczytność. Miejmy nadzieję, że nie będzie skandalu…

Pan Ziaja pozazdrościł jednak koledze Czerneckiemu i postanowił także wygłosić swoją laudację i przebić kolegę kontrlaudacją. Użył jednak innych narzędzi retorycznych. Nie szedł w dygresje. Nie szedł w ton rozrachunkowy. Nie szafował tajemnicą.

Pan Radny Ziaja postanowił oblać czystym lukrem Panią Zwolińską. Stopniował pochwały. Klonował konteksty. Mieliśmy prawdziwą erupcję argumentacji, wyliczankę. Pan Radny uwielbia wyliczać. Kończy jeden system liczenia i zaczyna od razu następny.

Szło Panu Ziaji całkiem dobrze, ale popadł w częsty laudacyjne błąd. Trzeba wiedzieć, kiedy skończyć. A on przy tym wyliczaniu zapętlił się i jego mowa zaczęła się lekko pruć. Padło hasło „lokalnej dumy narodowej”. I wtedy już czułem, że pierwsza kostka domina upadła.

Pan Radny ujawnił, że Pani Zwolińska „w jakimś sensie utożsamia się z Nowym Sączem”. Znowu jest ten „jakiś sens”… Ale jaki? Potem był wytrysk fajerwerków lukru. On wpływał wolno ale konsekwentnie do kajaka Pani Klaudii. Kajak łapał zanurzenie.

Ale niewidoczny Arturek, ten wnuk Pana Strusia, zakradł się znowu przed stół prezydialny, naprzeciwko Pana Radnego Ziaji. Mógł wyciągnąć znaną nam z dzieciństwa lufkę na kulki z plasteliny, ale uczynił coś innego, zaskakującego. Zaczął stroić miny dziwaczne. Takie same, jak w pojedynku na miny stroił sam Miętus z „Ferdydurke” Gombrowicza.

Ale Arturek nie szedł śladem min ordynarnego Miętusa, tylko wyniosłego Syfona, tego jego zestawu min wyniosłych i natchnionych. Arturek, wzorem Syfona, wzniósł oczy ku niebu, przybierając wyraz twarzy pełen cnoty, czystości i młodzieńczego entuzjazmu. Zrobił ryjek i przewracał oczami. Pan Struś podszedł do prezydialnego stołu tym razem spokojnie, ujął chłopca za prawe ucho i odprowadził pod piec kaflowy, osadził na koniku.

Swoje laudacje wygłaszali jeszcze radni: Kądziołka, Piech, Olesiak. Były one jakieś płaskie, zatrzymane w połowie, niedokończone. Ale Pan Czernecki, mimo tych deficytów konkurencyjnych laudacji, przystąpił do kontrataku. Postanowił rozstrzygnąć ten pojedynek na laudacje bezsprzecznie na swoją stronę.

Na początku czarował, mówił różne rzeczy, znowu o gruntach dla PWSZ, o wojsku, o wodzie mineralnej, dywagował, że to dobrze, „że sport w pewnym sensie wchodzi w marketing”. Znowu sens jest „pewny”.

Postanowił wreszcie przeprowadzić szarże na pudło laudacyjne od strony zaskakujący – od sprzeczności. Z jednej strony nagradzał tarczą Panią Klaudię za jej osobiste osiągnięcia, a potem stwierdził, że ta nagroda jest dla… „wszystkich sportowców”. Czyli? … tarcza dla Pani Zwolińskiej jest nagrodą jakby nie w pełni dla niej, bo dzieli ją, wedle Pana Czerneckiego, z innymi sportowcami.

Prawda, że to ryzykowne posuniecie podczas laudacji, że odbiera się laureatowi pełnego prawa do tytułu? Ale to był tylko zabieg, manewr Pana Czerneckiego. Teraz bowiem nazwał pieszczotliwie Panią Zwolińską „niby małą, skromną kobietą z prowincji”. Dlaczego małą? Co miał na myśli? Stało się jasnym, gdy wypalił bez ogródek, że „…jest przykładem dla całego świata”. Tak, tym przebił Pana Ziaję i wszystkich innych laudatorów.

Mały Arturek jakby to usłyszał, wyrwał się Panu Strusiowi, podbiegł do stołu prezydialnego i wywalił język, jak Miętus, i to wprost na Pana Czerneckiego. Pan Struś go dopadł i wytarmosił. Słusznie. Na szczęście nikt tego nie widział, tylko ja — no i Pan Struś.

Przerywnikiem w tej feerii laudacji było wystąpienie Pani Skarbniczki, Pani Renaty, jakże sympatycznej… Wniosła poprawki do budżetu. Będą dawać podwyżki dla tego działu od pieniędzy UE. Tego samego, który starł się z CBA i EPPO w boju o prawdę.

Wystąpił Pan Ziaja i pięknie mówił o funduszach UE. Przebił go jednak Pan Czernecki, bo zaapelował o jednomyślność i o poparcie podwyżek dla tego doświadczanego kontrolami działu. Uzasadnił to jednoznacznie, że „oni kosztem swoich domów, swoich rodzin…”.

Potem było coś o budowaniu bloków na dziko w Nowym Sączu i czujności Pana Prezydenta, którą wychwycił bezbłędnie Pan Ziaja. Pan Struś to wszystko notował. On jest zapewne korespondentem – The Nowy Sącz Times.

Mnie jednak szumiało w głowie od tych laudacji. Zacząłem się obawiać… Czy Pani Klaudia Zwolińska wytrzyma ten ciężar pochwał i porównań? Czy po prostu kajak nie pęknie? Czy nie zatonie od nadmiaru lukru? Czy wiosła nie będą za ciężkie? Przecież wszyscy nie zmieszczą się w małym kajaku.

To tyle. Było ogólnie dobrze, a nawet jeszcze lepiej. Wyszedłem na płytę rynku, zbudowany tym wszystkim. Pan Struś także był już na płycie, założył husarskie skrzydła na plecy. Wyglądał dostojnie. A wnuk Arturek ciskał kamieniami do wróbli siedzących na konarach Kasztana. Pan Struś znowu tarmosił go za ucho. Ale ja ich szczerze polubiłem.

Adam Kurek

Filmoteka dts24

207 Videos