Oddał się swojej pasji w wieku 12 lat. Dziś jest dorosłym chłopakiem, który opiekuje się 22 rodzinami pszczelimi. Poświęca się temu, co kocha, zaszczepiając swoją miłość do pszczół w młodszym pokoleniu. Jak sam mówi: „Uważam, że jeśli człowiek robi to, co kocha, to już wygrał. Natomiast jeśli robi coś tylko z przymusu, to się męczy.”
Artur Kędzierski to 18-letni mieszkaniec Nawojowej, którego wielkim zamiłowaniem jest pszczelarstwo. Zna swoje rodziny pszczele od podszewki, mimo że początki wcale nie były łatwe. Zaczął już w wieku 12 lat, gdy większość jego rówieśników beztrosko spędzała czas. Jak podkreśla, to co robi to jego wielka pasja. Kocha pszczoły i poświęca im każdą wolną chwilę. Marzy, aby jego pasieka się rozwijała, a rodziny pszczele żyły w zdrowiu. Poznajcie historię młodego pszczelarza z Sądecczyzny.
Co skłoniło cię do założenia pasieki już w wieku 12 lat? W tym czasie większość rówieśników myśli głównie o zabawie czy spotkaniach z rówieśnikami, a ty zdecydowałeś się rozpocząć pracę i poświęcić pszczelarstwu.
– Wszystko zaczęło się w 2018 roku, kiedy podczas wakacji często chodziłem do sąsiada, śp. pana Władka, podglądając jak pracuje w swojej pasiece. Zauważył moje zainteresowanie i zawsze częstował mnie słodkim upominkiem – słoiczkiem miodu. Miałem wtedy 11 lat. Rodzice również dostrzegli moją pasję. W grudniu 2018 roku, nie mając pomysłu na prezent pod choinkę, kupili mi ul. 4 maja 2019 roku razem z tatą sprowadziliśmy pierwszą rodzinę pszczelą. Przez pierwsze tygodnie pomagał mi pan Władek, ale niestety w 2020 roku zmarł na raka.
Jak wyglądały Twoje pierwsze doświadczenia z pszczołami?
– Pan Władek bardzo mi pomógł i wiele mnie nauczył, bo początki były trudne – prawie doprowadziłem do śmierci moich pszczół. Od 4 maja 2019 roku to ja zajmowałem się pasieką. Doglądałem pszczół nawet zbyt często. Popełniłem błąd, bo zamiast najpierw zdobyć wiedzę, odwróciłem kolejność – najpierw kupiłem pszczoły, a dopiero potem zacząłem się uczyć. Nie wiedziałem wtedy, że założenie pasieki wiąże się z tak dużą odpowiedzialnością. Dałem pszczołą zbyt mało syropu cukrowego na zimę. Rodzina pszczela powinna przed zimą dostać około 13 kg suchego cukru. Ja dałem im około 6 kg, czyli o połowę mniej. Na szczęście udało się je uratować, ale niewiele brakowało, a doszłoby do upadku pszczelej rodziny.
Taka sytuacja na pewno uświadomiła Ci, jak bardzo trzeba być ostrożnym w opiekując się pszczołami.
– Dokładnie tak. Nic tak bardzo nie uczy człowieka, jak jego własne błędy. Wśród pszczelarzy mówi się nawet: „Ucz się na błędach, ale nie swoich.”
Jak wygląda Twoja pasieka obecnie?
– Teraz pasieka znacznie się rozwinęła – mam 22 rodziny pszczele w trzech lokalizacjach. Plany jej powiększenia są już dość konkretne.
Czym zajmujesz się na co dzień?
– Aktualnie uczę się w Zespole Szkół nr 2 im. Sybiraków w Nowym Sączu, w klasie przygotowania wojskowego, jednak moją przyszłość wiążę z pszczelarstwem. Dodatkowo prowadzę warsztaty dla dzieci w przedszkolach i świetlicach, a jeszcze w tym roku chciałbym rozszerzyć je także o szkoły podstawowe.
W ostatnim czasie w naszym regionie pojawiła się choroba zagrażająca pszczołom – zgliniec amerykański. Jak podchodzisz do tego problemu? Jak powinien zachować się pszczelarz?
– Oczywiście, że się boję – jak każdy pszczelarz, który kocha to, co robi. Przede wszystkim należy dbać o swoje pszczoły. Trzymam się dwóch zasad: „Jak dbasz, tak masz” oraz „Lepiej zapobiegać niż leczyć”. W pasiece ważne jest utrzymywanie higieny i porządku oraz odkażanie sprzętu. Niezwykle istotna jest także stała kontrola sytuacji w ulach. Sezony bywają różne – np. w tym roku na Sądecczyźnie pojawił się ogromny problem z miodem. Rodziny pszczele, które nie mają wystarczająco pożywienia, zaczynają rabować inne rodziny, czyli kraść im zapasy. Nie wiemy, z jakimi pszczołami nasze owady mają kontakt – być może również z rodzinami zakażonymi zgnilcem amerykańskim. Dlatego trzeba naprawdę uważnie kontrolować nasze podopieczne, bo obecnie sytuacja w pasiekach jest bardzo trudna.
Jak wygląda Twój zwykły dzień przy pasiece i ile czasu trzeba na to poświęcić?
– Wszystko zależy od tego, co akurat robimy w pasiece i ile mamy uli. Ja zajmuję się głównie odkładami, czyli tworzeniem młodych rodzin pszczelich, oraz hodowlą matek pszczelich – królowych. W szczycie sezonu, czyli zazwyczaj pod koniec maja i w czerwcu, spędzam w pasiece większość dnia. Trudno dokładnie określić czas pracy, bo każdy dzień jest inny. Klasyczny dzień pszczelarza zaczyna się wcześnie rano – planuję wtedy prace w pasiece. Następnie zakładam strój ochronny i podchodzę do uli, otwierając je spokojnie, aby ocenić kondycję pszczół, ilość zapasów i zdrowie matek. W zależności od pory roku mogę dodawać ramki, podkarmiać rodziny, kontrolować nastrój rojowy albo zbierać miód. Dzień często kończy się porządkami – czyszczeniem sprzętu, przeglądaniem notatek i przygotowaniem się na kolejne spotkanie z pszczołami.
Wspomniałeś, że Twoja pasieka się rozwinęła. Korzystałeś przy tym z jakichś programów rządowych lub wsparcia finansowego, czy wszystko wypracowałeś sam albo przy pomocy rodziny? Pytam, bo skoro zaczynałeś jako 12-latek, to kwestie finansowe musiały być sporym wyzwaniem.
Nie zaniedbywałeś szkoły przez swoją pasję?
– Staram się pogodzić jedno z drugim i na razie dobrze sobie z tym radzę. Poza tym moja szkoła wspiera mnie w tym, co robię.
Jak na Twoją pasję reagowali rówieśnicy?
– Pierwsze wrażenie zwykle jest szokiem: jak to możliwe, że dzieciak zajmuje się pszczołami? Wśród młodzieży utarło się przekonanie, że pszczelarstwo to zajęcie dla starszych osób. Ja staram się to zmienić. Dzieci są bardzo ciekawe różnych rzeczy – chętnie przyjeżdżają do pasieki, oglądają, pytają i na pewno wiele się uczą podczas takich spotkań.
Jakie dalsze plany na pasiekę?
– W przyszłym roku planuję zacząć wędrować po pożytkach, a bardzo ułatwi mi to prawo jazdy, które obecnie robię. Na pewno będę rozwijał swoją działalność – powstanie więcej pasiek, będę szedł w tym kierunku, ponieważ naprawdę to kocham. Uważam, że jeśli człowiek robi to, co kocha, to już wygrał. Natomiast jeśli robi coś tylko z przymusu, to się męczy.
– Dla mnie największą przyjemnością jest samo zaglądanie do ula – niby drobiazg, ale znaczy dla mnie bardzo dużo. Nie uważam, żeby w pszczelarstwie była jedna najtrudniejsza praca. Mogę jednak powiedzieć, że najcięższy moment przychodzi wtedy, gdy karmimy pszczoły na zimę. To oznacza, że przez kilka miesięcy nie zobaczę ich już z pyłkiem na nóżkach ani nie spróbuję świeżego miodu prosto z plastra. To jest czas takiego pożegnania.
– Mam nadzieję że będę miał już około 200 uli oraz pasieki w kilku miejscach.
Jakie masz marzenia związane z pszczołami i pasieką?
Jak chciałbyś zainteresować młodzież pszczelarstwem – co może ich przyciągnąć?
– Myślę, że najlepiej jest pokazywać i uświadamiać młodzież, że pszczoły to nie tylko miód i żądło. One uczą nas cały czas. Wiele osób rezygnuje z pasieki, bo boi się ukąszeń – rozumiem to doskonale, ale chciałbym wciąż pokazywać, że mimo młodego wieku można przełamywać stereotypy.
































































































































































































































