Kurek odkrywa Festiwal Omnia Beneficia (dzień drugi i trzeci)

Kurek odkrywa Festiwal Omnia Beneficia (dzień drugi i trzeci)

Omnia Beneficia – Maria zart, renesansowa katedra dźwięku. Dzień drugi.

Było pewne, że wrócę do Starego Sącza na drugi wieczór Omnia Beneficia. Pierwszy koncert tylko przypieczętował tę decyzję.

Od świtu próbowałem nastroić się duchowo. To niełatwe to zadanie. Czwartkowy program zapowiadał spotkanie z konstrukcją porównywalną do gotyckiej katedry zbudowanej wyłącznie z dźwięku. W festiwalowym materiale napisano wiele o zjawiskowym dziele Jacoba Obrechta. To jest naprawdę złożona i bardzo pomysłowa muzyka.

W kościele św. Elżbiety stanie zapewne jeden monumentalny pulpit, a wokół niego ustawi się ośmioro śpiewaków Cappelli Pratensis. Każdy z czterech głosów zostanie podwojony, by brzmienie nabrało gęstości, nie tracąc przejrzystości polifonii.

Partie superius powierzono Timowi Braithwaite’owi i Andrew Hallockowi, altus – Liorowi Leiboviciemu i Korneelowi Van Neste, tenor – Peterowi de Laurentiisowi i Julianowi Podgerowi, zaś bas – Jonty’emu Coyowi i Grantleyowi McDonaldowi.

Tak prezentuje się skład zjawiskowej, holenderskiej Cappelli Pratensis, gotowej rozłożyć nad słuchaczami strzeliste sklepienie Missa Maria zart. Tenor jest jednak kluczowy, a ściślej centralny. To wokół niego kręci się wszystko, to taki układ tenoro-centryczny. A może ta muzyka tchnęła samego Kopernika?

Wiedziałem, że muszę przeczytać coś adekwatnego. Nie miałem wielkich wątpliwości: Dante Alighieri, Boska komedia, Raj, Pieśń XXXIII. W tej pieśni Dante przedstawia modlitwę św. Bernarda do Maryi.

Można być agnostykiem albo ateistą, ale nie sposób nie docenić pełni duchowego uniesienia i zachwytu. Ta pieśń Dantego doskonale pasuje do Missa Maria zart. Tutaj też są słowa, lecz nie tak strzeliste jak u Dantego.

Na potwierdzenie cytuję finał Boskiej komedii:

Ma già volgeva il mio disio e ’l velle,

sì come rota ch’igualmente è mossa,

l’amor che move il sole e l’altre stelle.

Już jednak wprawiała w równy obrót

moje pragnienie i moją wolę

Miłość, co słońce porusza i gwiazdy wraz z nim.

Recytacja tego fragmentu przed wykonaniem mszy wprowadziłaby słuchaczy w nastrój mistycznej kontemplacji. Niczego jednak nie cytowano. Ja cytowałem sobie prywatnie, a potem mozolnie pisałem o tym jak wzruszony grafoman.

Wzruszenie jest ważne dla każdego słuchacza. Postanowiłem przeprowadzić eksperyment na moim kocie-melomanie. Odczytałem mu większe fragmenty pieśni Dantego w oryginale. Nie reagował szczególnym entuzjazmem. Później zorientowałem się, że mógł nie rozumieć; czytałem przecież po włosku. Mój kot nie jest poliglotą. Jego kocie życie tego nie wymaga. Musi znać tylko polski. Poza tym znów był zawiedziony, bo nie zabrałem go na koncert.

Średniowieczna pieśń Maria zart – do której Obrecht odnosi całą mszę – też obraca się wokół pochwały Maryi, choć formułuje ją w prostej, niemieckiej dewocji:

„Słodka Maryjo ze szlachetnego rodu,

Różo bez kolców.

Tyś z mocą przywróciła,

co dawno było utracone”

Widać tę samą logikę co u Dantego: najpierw wywyższenie Maryi ponad wszelkie stworzenie, potem prośba o miłosierne pośrednictwo i ochronę. Pieśń jest skromniejsza stylistycznie, ale sens pozostaje wspólny – kontemplacja godności Maryi i ufne zwrócenie się do niej o pomoc.

Zatrzymajmy się jeszcze przy cytacie z Dantego: kryje się w nim głębszy sens, pożyteczny nawet dla ateistów i agnostyków, a w odbiorze muzyki sakralnej nie zaszkodzi odrobina teologii.

Dante pokazuje, że doskonałość nie polega na dotarciu do celu, lecz na włączeniu się w równomierny obrót Miłości – ruch napędzający słońce i gwiazdy. W jednej chwili pragnienie (disìo) i wola (velle), zwykle rozchodzące się jak dwa rozstrojone instrumenty, stapiają się w jeden tor, krążąc bez tarcia niczym primum mobile średniowiecznej kosmologii.

Koło nie potrzebuje kresu. Pełnia tkwi w samym ruchu, dlatego dla Dantego obrót symbolizuje zbawioną wolność, w której człowiek pragnie dokładnie tego, czego chce, i chce dokładnie tego, czego pragnie, dostrojony do rytmu wszechświata bez najmniejszego dysonansu. Oto jednia. To sedno średniowiecznej teologii. Ale Obrecht to renesans.

Dante napisał Komedię o sto pięćdziesiąt lat wcześniej niż Obrecht swoją mszę na cześć Maryi. Missa Maria zart opiera się na niemieckiej pieśni ludowej i wpisuje w późnośredniowieczny nurt pobożności maryjnej, który rozkwita niezależnie od recepcji włoskiego eposu. Szkoda. Pieśń ludowa to nie pieśń Dantego.

Pojechałem do Starego Sącza. Jadąc, miałem jednak inny nastrój niż wczoraj. Owszem, wcześniej wypiłem spory kielich niemieckiego rieslinga z Koblencji. Był świeży, precyzyjny jak gotycki łuk Obrechta. Nie dla bachicznego nastroju piłem, lecz dla podbicia percepcji, żarliwości słuchania. To nie ma nic wspólnego z grzechem, a w końcu Jezus przemieniał wodę w wino, a celebrans podczas mszy również pije wino, często właśnie niemieckie rieslingi.

Publiczność dopisała. Siedziałem, a może nawet stałem – to nie było ważne. W atrium stanęło ośmiu śpiewaków przy emblematycznym pulpicie. Tak spoczywały nuty wykaligrafowane na pergaminie. Tak, muzycy oprócz śpiewu zajmują się kaligrafią. To fantastyczne i adekwatne połączenie. Poczułem się usatysfakcjonowany, wszak i ja łączę kilka wątków.

Byłem gotów. Zaczęli – i ja zacząłem swoją symultanę. Polifonię renesansu splatałem z tercynami Dantego.

Anonimowa pieśń Maria zart otworzyła wieczór samotną, średniowieczną linią. Pierwsze „Maria” wyrasta z ciszy jak prosty filar modlitwy. To pieśń otwierająca. Jej siłą jest ujmująca prostota.

W mojej głowie odzywają się od razu tercyny Bernarda: „Dziewico-Matko, córko swego Syna…”. Skromna pieśń i poetycki hymn wypowiadają tę samą aksjomatykę – Maryja jest zarazem pokorna i „wysoka nad wszelkie stworzenie”. Tak pisze Dante.

Kyrie wchodzi płynnie: superiusy podnoszą pierwsze „eleison”, altusy wkładają między nie szarpane półtony, a tenory i basy budują sklepienie z opóźnień. No i jest polifonia! Słychać warstwy, jest góra i dół. Jest w tym jednak spokój, a „w górze” szybkie nuty. I są jakby dwa tempa. Robi to wrażenie.

Dante w tym samym momencie kładzie przed Maryją słowa „misericordia” i „pietate” – i właśnie te dwie łacińskie figury słychać w wyciąganych dysonansach kwart, które po chwili stapiają się w czystą harmonię.

Gloria eksploduje jak witraż odbijający pełne słońce. Głosy łapią się nawzajem w gęsty kanon. Basy powtarzają motyw. Jest perspektywa, są kaskady. Ja zastanawiam się nad brzmieniem superius. A Obrecht zwęża kolejno skład do małych zespołów, dzięki czemu długie modlitewne frazy brzmią bardziej intymnie. Jakby przejść z katedry do kaplicy. To bardzo pomysłowe.

W modlitwie Dantego pojawia się zdanie: „W Tobie wspaniałość; w Tobie zebrało się wszystko, co w stworzeniu nazywa się dobrocią”. Brzmienie Cappelli Pratensis właśnie tak zagęściło światło w kościele św. Elżbiety.

Credo obniża puls. Jest wyznanie wiary. Muzyka przeskakuje na tria i duetowe dialogi, nadając całej opowieści wrażenie osobistej rozmowy. Linie wznoszą się, rozplatają i wracają do osi melodii.

Dante notuje, że rozum „wpada cieńszy niż promień do oka” – nie ogarnia całości, lecz ufa. Ja też nie śledzę wszystkich kontrapunktów, ale wierzę, bo każda niespodziewana zwartość na „Et incarnatus” brzmi jak potwierdzenie dogmatu. Zauważyłem, że niektórzy słuchacze kiwnęli twierdząco głowami słuchając Credo.

Prefatio to jednolity chorał gregoriański, zawężony chyba do jednego tonu. Chwilowa pustka przygotowuje przestrzeń dla kolejnego sklejenia głosów i wołania. To robi duże wrażenie. A łacina brzmi pysznie.

Gloria Patri, et Filio, et Spiritui Sancto;

Sicut erat in principio, et nunc, et semper,

et in saecula saeculorum. Amen.

Pauzę oddechu daje także Dante, gdy Bernard kończy pochwały i zatrzymuje się na krótkim: „A teraz błagam Cię, Królowo…”. To zawężony moment ciszy, zanim modlitwa znów rozwinie skrzydła.

Sanctus unosi się lotem kameralnej katedry. „„Święty, Święty” rozbrzmiewa niczym dzwony – ten sam motyw wędruje z głosu do głosu i tworzy wrażenie chóru większego, niż jest w rzeczywistości. W „Benedictus” tempo zwalnia i pojawiają się długie, płynne frazy, które dają chwilę ciszy przed finałem.

Bernard w dantejskim tekście przechodzi tu do prośby o wizję boskiego oblicza. To pasuje jak ulał do Sanctus.

Agnus Dei wycisza się do szeptu. Bas jest prawie niesłyszalny, superiusy brzmią nad nim w przeciwnych łukach, zostawiając puste szczeliny. I dzieli się to na kolejne segmenty, trochę jak w pasjansie. Na koniec Obrecht odsłania pełną melodię pieśni „Maria zart” w najwyższym głosie.

Przychodzi na myśl dantejskie: „O światłości wiekuista, która sama w sobie trwasz”. Boża światłość „pojmuje tylko sama siebie”. Dante wziął to wprost z Tomasza z Akwinu. Jest bowiem tożsamość bytu. Jest tożsamość intelektu i tożsamość poznania. Wiem, że to będą kwestionować ateiści i agnostycy, ale niech tego nie czynią podczas tego koncertu.

Repryza Maria zart domyka całość tą samą uno voce, od której zaczęliśmy. Po gotyckim łuku polifonii zostaje przejrzysta linia. To brzmi prosto i czysto. Tak właśnie ten koncert powinien się zakończyć. I to się właśnie stało.

I wtedy przypomniały mi się trzy końcowe wersy Komedii: „Miłość, co słońce porusza i gwiazdy wszelkie”. Pieśń wybrzmiewa prostym unisonem, ale niesie w sobie pełnię dźwięku – tak jak Dante czuje w jednym obrocie koła zarówno rozum, jak i pragnienie, splecione i nienaruszalne. Taka jest tomistyczna scholastyka.

Publiczność jeszcze chwilę nie oddycha, bo dźwiękowa konstrukcja nie runęła, tylko skleiła się z powietrzem kościoła. Tak to się zakończyło. Szkoda mogliby dalej śpiewać, a nawet powtórzyć jeszcze raz te mszę. Kilka motywów mi umknęło i chętnie bym tego jeszcze raz posłuchał. Prywatnie uważam, że muzykę słyszy się w pełni dopiero za trzecim razem.

Weszliśmy w wieczorny chłód z przekonaniem, że Miłość rzeczywiście wprawia w ruch gwiazdy. Jak długo to trwało? Przypomniał mi się Sen nocy letniej. Ale to było wczoraj.

Pan Burmistrz gorąco wszystkich pozdrawiał, dziękował za przybycie. Wymknąłem się niepostrzeżenie. Myślałem obsesyjnie o miejscu, gdzie Maria zart mogłaby zabrzmieć częściej. Holendrzy nie będą przecież przyjeżdżać co roku.

Rozwiązanie? Wyuczyć śpiewu strażaków z OSP. W gminie działa prężnie szkoła muzyczna – wystarczy połączyć kropki. Jeśli Pan Burmistrz otworzy gminną sakiewkę, znajdzie się fundusz. Niechaj ćwiczą od jutra!

A w jakim miejscu mogłaby wybrzmiewać Maria zart w maryjne maje i październiki? To i agnostycy wszelkiej maści i ateiści przybyliby posłuchać. Może nawet nie dla nawrócenia, ale dla estetycznego przeżycia.

Jest kilka miejsc. Klasztor sióstr klarysek. Ołtarz Papieski. Źródełko św. Kingi. Źródełko wydaje się najlepsze – kameralność wymusi niewielki skład. Symbol wody doda oczyszczającej wymowy. A przy woskowych świecach prostota pieśni nabierze siły.

Wróciłem. Kot już spał. Otworzyłem wcześniej otwartą butelkę rieslinga. Poczułem mineralny, łupkowy nerw. Od razu wiedziałem, co to znaczy. Włączyłem winyl z bachowskim „Erbarme dich, mein Gott” w wykonaniu Marian Anderson. Nagle pojąłem głębszy sens.

Dzisiaj koncert trzeci.
Omnia Beneficia – Polskie struny romantyzmu. Dzień trzeci.

Obudziłem się w piątek z ciężką głową po dwóch dniach koncertowych przeżyć, pełnych gęstego wzruszenia. Zadawałem sobie wiele pytań o charakterze ostatecznym. To wpływ muzyki, literatury i atmosfery starosądeckiego kościoła. No i jeszcze wczorajsze brzmienia Maria zart. To rodzi pytania.

Czy można nas wygnać z sądeckiej arkadii na bezdroża infinitum, w przestrzenie nicości?

Czy lepsza jest religijna wieczność niż matematyczna nieskończoność?

No i pytanie kluczowe: czy powinniśmy unicestwić definitywnie niefortunną miłość, tę wypchaną żółtą watą złudzeń?

Te dwa koncerty, a zwłaszcza wczorajszy, dawały niejasną odpowiedź. Jest miłość i jest nadzieja, ale czy nie jest to złudny sen nocy letniej…

Postanowiłem wybrać się na trzeci koncert Omnia Beneficia. Czytam program: mocna zmiana nastroju. Będzie grany „Polski romantyzm”. Po dwóch niemieckich dniach – jest Polska!

I nie będzie Chopina. Grane będą kwartety Moniuszki, Lessela i Kurpińskiego. Jak to będzie podane? Czy z przekonaniem? Jest nadzieja.

Zagrają bowiem ambitne wykonawczynie. Quartetto Nero. Zapowiada się wieczór, który może okazać się odpowiedzią na wczorajsze rozterki.

Moniuszkowski kwartet d-moll, lesselowski B-dur i Fantazja Kurpińskiego układają się w małą trylogię nadziei narodowej. Czy to będzie koncert o polskiej nadziei?

Wertowałem od rana. Co się rymuje z Panami romantykami? Czytałem Goethego, Schillera, sięgnąłem po Byrona. Nagle przyszła mi myśl prosta i strzelista: Adam Mickiewicz. Sonety krymskie! Wszak to polski romantyzm.

Czytałem namiętnie i dostrzegłem liczne konwergencje z elegancją Lessela, dramatyzmem Kurpińskiego, melancholią Moniuszki. Owszem, słucham i czytam. Na co dzień nie słucham Lessela ani Moniuszki, ale zdarza mi się słyszeć Kurpińskiego na góralskich weselach.

Maria Janion powiedziała kiedyś słynne zdanie: „Romantyzm wymyślił Polskę – i do dziś mieszkamy w jego świecie.” Romantyzm zatem trwa.

Czy Sonety krymskie mogą być emblematem polskiego romantyzmu? A gdzie Dziady, gdzie Kordian? Toż to obrazoburstwo. Nie ma w Sonetach walki ani poświęcenia dla ratowania styranej Ojczyzny. Jest wędrowanie i obserwacja. No i ten step.

Jest droga. Jest pustka. Jest patrzenie w step. To wystarcza. Wygnaniec musi nazwać przestrzeń, żeby w niej nie zniknąć. Milczy, więc słyszy więcej. Patrzy daleko, więc widzi bliżej. Przenosi Polskę z mapy do pamięci. Robi to bez fanfar.

Jest i kolejna zbieżność związana z tym stepowym wędrowaniem. Oni tutaj w Starym Sączu organizują również festiwale podróżowania. To pasuje jak ulał.

Sonety krymskie bywają lekceważone jako „krajobrazowe”, a jednak właśnie one najlepiej destylują polski romantyzm – z powodów, które wykraczają poza temat insurekcji.

Jest elegancka forma sonetu. Rygor formy. Jedno uderzenie obrazu. Tyle trzeba, by utrzymać ciągłość. Reszta dopisze się sama – w kolejnym akordzie kwartetu Quartetto Nero.

Wszystko zatem w rękach zespołu. Jestem spokojny, bo to kobiece ręce: skore do romantyzmu, ale nie egzaltowane. Agata Habera, smyczek pierwszy – błysk ostrza. Jej wejścia są pewne; słyszałem ją ostatnio w Katowicach. Paulina Woś, skrzypce drugie, niesie w futerale nie tylko instrument, lecz i niedopowiedziany uśmiech. Altówka Anny Wieczorek brzmi ciepło, sprężyście, gotowa jednym głębokim dźwiękiem uprzedzić wszelki patos. Katarzyna Cichoń, wiolonczela, stoi jak kotwica kwartetu; jej brzmienie ma elastyczną siłę, która potrafi rozprostować frazę.

Tak, to sprytne dziewczyny. Noszą się elegancko, bez wymuszonego splendoru. Grają na instrumentach historycznych, więc każdy dźwięk niesie smugę powietrza z epoki. Podobno nie dają autografów, ale może zrobią wyjątek – na prośbę Pana Burmistrza i festiwalowej gawiedzi.

Jest jeszcze i taka sprawa, że gruchnęła wiadomość w festiwalowych kuluarach. Podobno dziewczyny z Nero mają w ramach bisu zaśpiewać repryzę Maria zart. I to jeszcze po polsku. Ale sami wiemy, że te plotki festiwalowe są tyleż ekscytujące co idiotyczne. Pamiętamy jak opowiadano, że Maria Callas podobno zażyczyła sobie żywego łabędzia płci męskiej do hotelowego pokoju. A może nawet dyrekcja festiwalu, w ramach procesu klakierowania, rozsiewa takie pogłoski? Dajmy zatem temu spokój. Piszemy o Mickiewiczu Adamie…

Sonety krymskie obejmują osiemnaście utworów. Znamy niestety ten jeden z puentą „nikt nie woła”. To duża strata. Jest przecież Sonet IX „Bajdary” o dolinie górskiej, a tutaj jest dolina i przełomy dwóch rzek: Popradu i Dunajca.

Wystarczy wyjść na Górę św. Rocha, by patrzeć na Kotlinę Sądecką tak, jak Mickiewicz patrzył na stepy. Horyzont bez ram, pełen ciszy, która zmusza do słuchania.

Przypomina się również Tadeusz Nowak, „sądecki Mickiewicz”, który pisał:

„Stoją gorzkie pagórki, bo gorzka jest zieleń,

gdzie przebiega wilk nocy i prędki dnia jeleń,

nie spotkają się nigdy w ruchomej przestrzeni,

wilk w jelenia, a jeleń się w wilka zamieni.”

Popłynąłem w lirykę. Mój kot aż się wzdrygnął. Nie można tonąć w melancholii, ale mamy w sobie polski romantyzm, który napędza duszę i w nadmiarze staje się niebezpieczny. Kot-meloman nie jest romantykiem. W kocim życiu liczą się jedzenie i sen. Jest jednak i patrzenie w dal, za kocim Akermanem.

Do Starego Sącza jechałem z lekką trwogą. Jak będzie po Missa Maria zart? Nadzieją były cztery dziewczyny. Koncert odbywa się w miejscu świeckim – Galerii IMO – co może dać inną perspektywę. Można spodziewać się większej ilości agnostyków i ateistów. Trzeba dodać i to, że sala koncertowa idealnie wprost pasuje do kameralistyki. Akustyka jest dobra.

Publiczność ta sama, choć bardziej rozluźniona, bez religijnego uścisku. Podobno Pan Burmistrz przyszedł we fraku. Mówią, że namiętnie słucha Moniuszki, zwłaszcza latem.

Koncert się zaczął. Rozpocząłem swoje snucie historii, własną symultanę…

Moniuszkowski Kwartet d-moll otworzył wieczór szerokim, lekko chropawym brzmieniem wiolonczeli. Quartetto Nero pozwoliło temu basowemu pulsowi wybrzmieć, zanim skrzypce Agaty Habery podniosły pierwszy temat. Frazy budują łagodnie; na końcach zdań zostawiają kontrolowaną ciszę, podkreślając przejrzystość formy. Moniuszko, kojarzony z operą i pieśnią, potrafił przenieść kantylenę do czysto instrumentalnego idiomu. Można było wyłowić nuty Mozarta, trochę mniej Haydna. Brzmiało jeszcze klasycznie, ale już romantycznie.

Ja dałbym taki tytuł: „Wóz nurza się w zieloność i jak łódka brodzi…” Pierwszy wers Sonetów otwiera ogromną przestrzeń. Natychmiast sugeruje ruch naprzód. To początek drogi, wejście w nieznane, lecz jeszcze bez lęku. To rzecz o odwadze wyruszenia i o koniecznym zachwycie, który towarzyszy pierwszemu spojrzeniu w dal. Zakładam, że Moniuszko by się zgodził z tym. „Wóz nurza się w zieloność i jak łódka brodzi”. Kto chce zaznać tej zieloności w starosądeckiej gminie, to niech wybierze się nad Poprad, w czerwcu.

W Lesselowskim kwartecie B-dur zespół zmienia perspektywę. Dynamika drobnieje, smyczki stają się staccatowe, altówka z wiolonczelą zaznaczają zmiany rejestru. Klasycystyczna logika kwartetu brzmi wyraźnie; ozdobniki skrzypiec Pauliny Woś dodają lekkości. Symetria formy pozostaje, ale czuć oddech romantycznego napięcia. No i w tym utworze i interpretacji Nero była stosowna haydnowska dawka. Andante zagrane było z dużym czuciem. Brawo.

„I cisza wokoło — tak głucha…” Ten wers z późniejszego sonetu opisuje bezruch morza tuż przed lub po burzy. Nie ma patosu, jest skupienie na ciszy, która pozwala słyszeć drobne zjawiska, niewidoczne w szerokim planie. To zaproszenie, by słuchać detalu, nie tracąc z oczu całości. O to szło właśnie Lesselowi. „A morze śpi, jak gdyby nigdy burzą wzruszone nie było”. Ktoś by ironicznie zapytał, a gdzież w Starym Sączu morze? Tak, to niech pospaceruje nad starosądeckie stawy w czerwcowy wieczór. Tak mu odpowiem.

Fantazja na kwartet smyczkowy Kurpińskiego przynosi zmianę faktury. Rozpoczyna ją quasi-recytatyw skrzypiec, zaraz uciszony pauzą. Quartetto Nero gra zasadą „światło–ciemność”. Improwizacyjna swoboda ujawnia się w drobnych kadencjach; Habera nie ozdabia ich efekciarstwem. Finał rozprasza dynamikę: ostre akcenty kontrastują z miękkim legato. Dziewczyny dobrze zaprezentowały wszystkie kontrasty muzyczne. Żadną z nich jednak nie wyróżniam, bo grały równo.

Dobry tytuł „Ciemność dokoła! — huk w uszy!” Początek sonetu „Burza” od razu wprowadza dramat: nagły kontrast, gwałtowny zwrot, krótki moment grozy i ekstazy. Dzieje się raptowność zdarzeń przerywana ciszą w ciemności. „Głuchy dźwięk dzwonka się w przestworzu gubi”. A w Starym Sączu jest takie miejsce, gdzie burze można przetrwać spokojnie i twórczo. Właśnie na bobrowisku.

Trzy utwory tworzą ciąg: poważne zamyślenie, klasyczna równowaga, dramatyczna improwizacja. Quartetto Nero gra ten repertuar lepiej niż dobrze. Trzeba dodać, że na instrumentach dawnych z jelitowymi strunami, dzięki czemu każdy odcień dynamiczny słychać wyraźnie. Kadencyjny oddech Moniuszki, precyzyjna mechanika Lessla, eksplozje i pauzy Kurpińskiego. To precyzyjna operacja na barwie i tonie.

Publiczność to wyczuła; twarze mówiły więcej niż oklaski. One spowodowały bis. Obok mnie klaskał zawzięcie pewien smagły brunet, umiarkowanie przystojny, i zadał mi dziwne pytanie: Pan wie, czy one są mężatkami? Nie odpowiedziałem. Ale z niech będzie wolno zwrócić się do Polskiego Radia: powinniście transmitować ten koncert na żywo. Program festiwalowy jest zgrany dobrze, a bez tej transmisji pojawiła się dziura.

Wyszliśmy. W Starym Sączu wciąż było jasno. Ale w powietrzu czuć było coś jeszcze oprócz zapachu jaśminu. Po każdym koncercie musi się przecież przydarzyć sen nocy letniej.

Znów szukam miejsca na kolejne wykonanie tego trzyczęściowego programu i recytację sonetów. Jest takie miejsce. To wieża widokowa w Woli Kroguleckiej. Tam widać całą dolinę Popradu i pasmo Radziejowej. U podnóża można grać kwartety, z tarasu czytać Mickiewicza i Nowaka. Dla tego celu trzeba pobudować amfiteatr przy wieży, ale tutaj to już troska Pana Burmistrza.

Wracam do domu. Kota nie ma. On czasami wychodzi wieczorami na balety z myszami. Otwieram butelkę sądeckiego Rondo. Nie mam wyboru i włączam Chopina. Zaczynam od Ballady F-dur, tytułowanej „Świtezianka”. Mickiewicz też o niej pisał. Czerwone wino pasuje do romantycznej miłości. Ale wino nie zastąpi młodości…

Dzisiaj koncert czwarty.

aut: Adam Kurek

Filmoteka dts24

194 Videos