Mój najlepszy kumpel z dzieciństwa zaginął przed laty bezpowrotnie. Popularny Atlas Świata. Ta zgrabna, niewielka książeczka została przeze mnie zaczytana – czy raczej zaoglądana – na śmierć. Zabierałem go wszędzie i wertowałem w każdej wolnej chwili, aż do momentu, kiedy ostatnie kartki oddzieliły się książki-matki. Atlas działał na wyobraźnię, bo skąd człowiek mógł wiedzieć jak wygląda świat? Nieco później okazało się, że świat jest jeszcze ciekawszy niż to, co można wystudiować w atlasie.
Zawsze najmocniej przykuwały moją uwagę punkty skrajne na mapie. Nie wiem dlaczego. Uważałem też, że najlepiej dotrzeć do nich rowerem. Bo jak inaczej? Obojętne, czy są wysunięte najdalej na zachód, północ, czy też położone najwyżej w Europie. Ale czasami wcale nie muszą być najwyżej albo najdalej. Czasami wystarczała ich legenda. A jeśli taka nie istnieje, to przecież mogę ją stworzyć na potrzeby mojej wyobraźni.
Kiedy noga przestaje podawać
Długo wydawało mi się, że najważniejsze dla kolarza w Europie jest Passo Stelvio. To prawie w niebie. 2758 m n.p.m. i wyżej się nie da wyjechać rowerem. Takie zdanie musi robić wrażenie! Potem okaże się, że da się wyjechać wyżej, ale o tym za chwilę. Stelvio jest po prostu legendarne. Włosi imieniem tej góry nazwali nawet jeden z modeli Alfa Romeo. Kolarze podczas Giro de Italia nawet w maju muszą często zmieniać trasę, bo trudno się przebić przez śnieżne tunele na najwyższej drogowej przełęczy w Europie. Podjazd pod Stelvio jest zachwycający z obydwu stron. Hm, choć może 70 zakrętów przyklejonych do skały od strony Prato budzi większy respekt… Ale wyścig kolarski Mapei Day organizowany jest tradycyjnie od strony Bormio. Strona południowa podjazdu ma zdecydowanie lepszy marketing. Jeśli Stelivio, to trzeba wystartować w wyścigu. Zachowały się nawet moja z niego relacja (…)



































































































































































































