Udałem się wczoraj na sesję Rady Miasta, aby wysłuchać sprawy dotyczącej Sandecji. Jednak sprawa była dla mnie kluczowa: czy dojdzie do rzeczowej dyskusji odnośnie do zapisów umowy sprzedaży?
No ale już pod Kasztanem pewien obeznany człowiek powiedział mi, że z Kasztana liście opadną znowu „masłem na dół”. Czyli będzie po staremu, czyli śmiesznie, chociaż pełne groteskowej tromtadracji.
No i zaczęło się. Pan Prezydent Bochenek pokazał prezentację; ona niewiele wniosła do sprawy, ale porządkowała temat. Była takim zagajeniem. No ale w materiałach na sesję była opublikowana rzecz kluczowa – projekt umowy sprzedaży Sandecji. To kwestia zasadnicza.
No zasiadłem (w czapce-niewidce) obok pieca i zamieniałem się w słuch. Przygotowany byłem mocno na notowanie kluczowych zagadnień umowno-prawnych. Zresztą po sesji byłem umówiony w znanej sądeckiej kancelarii prawnej na omawianie tych kwestii, które padną na sesji rady.
Po prezydenckim „zagajeniu” nastąpiła seria dość schematycznych i trywialnych oświadczeń, że jest dobrze, że wreszcie, czekaliśmy wiele lat. To było trochę w stylu Pawlaka: „Najdejszła wiekopomna chwila”. Były także trochę sentymentalizmów, myślenia życzeniowego.
No może w tej konwencji oświadczeń odnotować należy dwa wystąpienia. Pan Radny Czarnecki Artur stwierdził, że on pośrednio był już sponsorem Sandecji. Sala jakby ucichła wtedy, wszyscy chyba liczyli na jakiś coming out, że to on, pan radny, pod przykryciem wpłacał znaczące datki na klub od wielu lat.
Okazało się jednak, że jego tatuś pracował onegdaj w ZNTK, a tam wszyscy „kolejarze” składali się na Sandecję. I tutaj Pan Radny uczynił wielce zgrabną figurę sylogistyczną. Skoro jego ojciec płacił na Sandecję, to całkiem możliwe, że gdyby tego nie czynił, to on, czyli Pan Radny, w dzieciństwie mógłby mieć kupowane cukierki. A jeżeli tak, to oznacza, że Pan Radny pośrednio płacił na Sandecję ojcowskimi rękoma. Był zatem sponsorem.
ZNTK zatrudniała i 5 tysięcy pracowników. Uwzględniwszy aspekt rotacji pracowników, a i fakt wielodzietności kolejarskich rodzin, takich „sponsorów” w mieście należy oszacować na minimum 20 tysięcy osób. Tego Pan Radny nie dodał, ale ja to teraz otwarcie czynię. Należy odczuwać wszyscy wdzięczność do tych wszystkich sponsorów.
Po czym Pan Radny Ziaja oświadczył, że jest gotów na bezinteresowną pomoc „nowemu klubowi”, będzie służył i radą, i wsparciem emocjonalnym. Będzie także chodził na mecze i kupował koszulki i kubki klubowe w ramach wsparcia. I wcale nie zażądał za to czegoś konkretnego dla siebie, na przykład oddelegowania na zjazdy PZPN. Chwali się taka bezinteresowność. Niech inni radni biorą przykład z Pana Ziai.
Trzeba teraz jasno stwierdzić, że kluczowe miały być dopiero wystąpienia naszych radnych PiS-owców. Pan Radny Kądziołka z gracją zawnioskował o nielimitowaną dyskusję. Wszyscy radni się zgodzili. No i co?
Po tym dyskusja podążyła prosto w „buraki”. Pan Kądziołka był „za, a nawet przeciw”. Radny Drożdż wpadł w korkociąg sprawy jakiejś komisji, na którą go zaprosili niegodnie, czy nie zapraszali, go winni zaprosić, a potem okazało się, że nie było komisji, bo była fikcyjna. Wyszła z tego „kwantowość” komisji. Gdyby nie ogłoszenie przerwy, to Pan Drożdż uzasadniłby ową kwantowość komisji równaniem falowym Schrödingera.
Wielce ciekawe oświadczenie, w sumie to był rodzaj dezyderatu etyczno-biznesowego wygłoszonego z pełną powagą przez Pana Radnego Piecha. Ale zastosował Pan Radny kreatywne wzmocnienie swojego stanowiska. Pogratulował kupującym niezwykłych umiejętności negocjacyjnych, tym samym chciał napiętnować niezgulstwo „strony gminnej”. Trzeba docenić elegancję retoryczną Pana Radnego Piecha.
Potem już Pan Piech bez ogródek doszczętnie skrytykował warunki. Nie podając żadnego konkretnego motywu tej krytyki. Przemawiał tak ogólnie. Jak w pewnym filmie Staszaka Barei „ogólnie nakreślił sytuacje” Potem stawał się coraz bardziej zbrzydzony tym wszystkim, co potwierdzał mimiką i ciężkim spojrzeniem.
Kontrastował za to Pan Radny Błażej Targosz. Coś wertował, coś doczytywał. Zapowiadało się, że jest niezwykle przygotowany do sprawy. Zaraz miał posypać się grad odniesień do umowy, do konkretnych punktów i kwerenda wszystkiego ze wszystkim. Ja w kiosku kupiłem tylko zeszyt 16-kartkowy na ostre notowanie. No i co…
Pan Radny Targosz, trzeba przyznać, z monumentalną gracją, poruszył sprawę zagadkowej szkoły SMS. Owszem, zadał do tej sprawy dziewięć kwestii szczegółowych i na tym w zasadzie … zakończył. Określa się takie sytuacje alegorycznie: „góra rodzi mysz”.
Inna sprawa, że w ogniu bijatyki politycznej nie odpowiedziano Panu Targoszowi na jego pytanie. On uparcie wracał do niego. Czuł się zlekceważony. Może i nawet tak się stało. Ale on wówczas przeszedł do fazy „pijanego przy płocie”. Było to nawet wzruszające. Mnie, na przykład, było żal Pana Radnego. To, że jest to jego pierwsza kadencja, to nie oznacza, ze można go lekceważyć!
No i Pan Bochenek ulitował się, ale zaserwował taką papkę prawną, że nic nie było wiadomo, jak ta szkoła powstanie. Było to perwersyjne. Kto na przykład zostanie dyrektorką, a kto będzie sprzątaczką w szkole. Mnie się znowu zrobiło żal Pana Błażeja Targosza, radnego miejskiego. I tutaj zwrócę się publicznie za apelem do Prezydenta Bochenka: Niech Pan odpowiada po ludzku!
Takie to były merytoryczne dysputy na sesji o Sandecji. Ja z tego wszystkiego w moim zeszycie wyrysowałem z nerwów, na pierwszej stronie – misia. Podobnego do tego filmowego. Ubrałem tego misia w strój klubowy, a potem tego żałowałem i wydarłem kartkę z zeszytu. Nasz klub jest Dumą Krainy Lachów. Jaj nie można sobie z niego robić.
Ale wtem Radny Ziaja dostrzegł dogodną sytuację i przeszedł rajdem z pola obrony wprost na pole karne naszych PiS-owców. Strzelił gola „pod ladę”. To była jego najlepsza mowa w kadencji! Piszę teraz serio.
Przemówił do nich takimi słowami: „Gdzie macie argumenty? Co trzeba poprawić w umowie? Odnoście się do umowy, jeszcze jest czas na poprawki, zgłaszajcie je.” Mądre to było, bo rymowało się z moimi oczekiwaniami.
Nic niestety takiego nie padło. Pan Targosz, poruszony wezwaniem, zaczął ratować honor klubu naszych PiS-owców. Ale Pan Ziaja uciął sprawę szybko, że… jak to on ujął? Z „głuptokami” nie ma co gadać, czy jakoś tak. Pan Targosz miał łzy w oczach. Tak mi się zdawało, ale siedziałem daleko, przy piecu. On tych „głuptoków” wziął za bardzo do siebie.
Znowu mu się żal zrobiło Pana Targosza. Panie Ziaja (zwracam się do niego teraz bezpośrednio), to dopiero pierwsza kadencja Pana Targosza, takie połajanki mogą go zapeszyć i zniechęcić do drugiej kadencji. Pan jest natomiast już starym wygą i powinien Pan podać rękę „młodzieży”, a nie przezywać.
Mam swoją prywatną teorię na tę zdumiewającą impotencję w sprawie umowy z Sandecją naszych Pisowców. Dzień wcześniej mieszkańcy naszego miasta zaczęli pisać o tej umowie, wielu zaczęło dyskutować. Nawet dawać rady radnym. W zasadzie wszystkie punkty omówiono na forach społecznościowych. Nic tylko spisać i wygłosić.
Ale nasi sądeccy PiS-owcy unieśli się najpewniej honorem, bo głupio im się wydawało powtarzać argumenty, które pojawiły się w społecznościówce. Postanowili albo „ogólnie”, albo o tym, czego nie było w sieci, czyli o szkole.
No fakt, zaistniałoby zagrożenie, że taki Radny Ziaja powiedziałby: „Na nic was nie stać, tylko na powtarzanie tego, co pisali po internetach”. A nasi PiS-owcy wtedy uszy po sobie. Wybrali zatem niniejsze zło. Tak im się zdawało. Nic istotnego nie powiedzieli. A może w szeregach nie mają prawnika? Jak to nie mają? Przecież Pan Arek jest nawet absolwentem UJ. No może wstydzili się pójść z ta sprawą do niego, a on jest teraz „w kampanii”.
Ja po sesji poszedłem do wiodącej sądeckiej kancelarii prawnej już nie na konsultację. Nie było czego konsultować, poszliśmy z mecenasem do baru pogadać o wyborach.
To była jednak fajowa sesja.


































































































































































































