Dzisiaj o godz. 19:41 zmarł o. Stanisław Majcher. Miał się nigdy nie urodzić. Jego matka zawróciła w drodze do lekarza, do którego szła usunąć ciążę. Synowi opowiedziała o tym, kiedy został księdzem. Wracając do domu z zabiegu, na który się nie zdecydowała obiecała Bogu, że ofiaruje Mu dziecko, które się urodzi. To było 87 lat temu w Bukaczowcach na kresach dawnej Rzeczpospolitej. Zakonnik opowiedział o tym w wywiadzie dla DTS, wiele lat później – w Nowym Sączu, z którym związany był przez pracę w parafii kolejowej.
Pogrzeb ojca Majchra odbędzie się 2 czerwca o godz. 11 w Zakopanem.
Powiedzieć, że o. Stanisław Majcher SJ był duchownym charyzmatycznym, to jak nic nie powiedzieć. Ks. Majcher pozostawia po sobie nie tylko w Nowym Sączu całe pokolenie ludzi, które dzięki spotkaniu z nim odnalazło nową drogę życiową. Bardzo liczni jako zakonnicy i księża, inni jako świeccy, których życie po spotkaniu o. Majchra nigdy nie było już takie samo jak wcześniej. Było lepsze, bogatsze, ciekawsze, pełniejsze, bezpieczniejsze. Do jego duchowych wychowanków, do Majchrowego Pokolenia, zaliczają się ludzie z wszystkich możliwych grup społecznych: przedsiębiorcy, politycy wszelkich opcji z pierwszych stron gazet, samorządowcy, duchowni, nauczyciele, lekarze, prawnicy, robotnicy, więźniowie osadzeni w małopolskich więzieniach. Z każdym potrafił znaleźć wspólny język, po prostu rozumiał ludzi diametralnie różnych, choć przecież wszyscy mówili po polsku, choć językami, których na co dzień często nie rozumiemy.
Jezuita, ojciec Stanisław Majcher był uczniem Jezusa żywcem wyjętym z kart Ewangelii: „(…) Nie bierzcie nic na drogę: ani laski, ani torby podróżnej, ani chleba, ani pieniędzy; nie miejcie też po dwie suknie! (…)”. I tak właśnie zrobił Majcher, jak w tym posłaniu dwunastu. Jeśli ktoś szukał we współczesnym świecie wzorca księdza, zakonnika, mnicha – to Stanisław Majcher odpowiadał wszystkim tym cechom, których tak często bezskutecznie oczekują ludzie w dzisiejszym Kościele. Wszystko co dostawał od ludzi – pieniądze, ubrania, książki, wykwintne alkohole, czasami cenne drobiazgi – rozdawał innym, najczęściej więźniom, których odwiedzał przez długie lata co tydzień niemal do ostatniej chwili. Właśnie w osadzonych najwytrwalej szukał człowieka. Odwiedzał ich w więzieniach, rozmawiał na każdy temat, spowiadał, korespondował, wysyłał paczki, wielu pomagał zorganizować sobie życie na nowo po wyjściu na wolność.
Przez lata proboszcz jezuickiej parafii Najświętszego Serca Pana Jezusa (kolejowej) w Nowym Sączu (1966-1993 z przerwami), potem aż do końca rekolekcjonista w zakopiańskim ośrodku jezuitów „Górka”. Autor dwóch książek poświęconych pracy z osadzonymi i więziennym historiom. 25 czerwca obchodziłby 60-lecie święceń kapłańskich. 10 lat temu z okazji półwiecza kapłaństwa i promocji książki jego wychowankowie, ludzie poczuwający się do Majchrowego Pokolenia, zorganizowali Mu w sądeckim „Sokole” benefis. W jakiejś mierze był również współzałożycielem Wydawnictwa DOBRE i DTS, które o. Majchrowi zawdzięczają swoje istnienie.
Urodził się w 17 lipca 1938 r. w Bukaczowcach k. Rohatyna (obecnie Ukraina). Zmarł 20 maja 2025 r. o godz. 19:41. Dziesięć lat temu o. Stanisław Majcher udzielił nam obszernego wywiadu, przy okazji 50-lecia swoich święceń kapłańskich.
,,Złożyłem dokumenty na prawo, ale wybrałem drogę na lewo”.
Rozmowa z ks. Stanisławem Majchrem, ojcem jezuitą (DTS nr 46 (263) 19.11.2015)
– Ojcze, czy miałeś przez swoich pięćdziesiąt lat kapłaństwa takie chwile, że chciałeś powiedzieć „ja już dłużej nie chce być księdzem!” ?
– Nie znam takiego uczucia, bo to byłoby niezgodne z moim charakterem. A ten charakter – pewnie niektórym znany – kiedy napotyka trudności, to stara się poradzić sobie z nimi, a nie uciekać i chować się przed problemami. Tak więc momentów zwątpienia nie było, za to było parę chwil satysfakcji i radości. Przez 50 lat kapłaństwa i 60 lat życia w zakonie, nigdy nie chciałem powiedzieć, że mam dosyć.
– A kiedy patrzysz, Ojcze, na te pół wieku, które za Tobą, to jaka pierwsza myśl przychodzi Ci do głowy?
– Pewnie już to gdzieś mówiłem, ale powtórzę, bo mogę o tym mówić zawsze. W kapłaństwie najwspanialsza jest przygoda obcowania z drugim człowiekiem. Bliźni, który ma różną ofiarę życiową, jest dla księdza ubogaceniem i darem. Oczywiście odpowiedzialne spotkanie z drugim człowiekiem jest bardzo trudnym zadaniem, ale wyjątkowo mocno nas wzbogaca. Nie będę się rozwodził, iż generalnie życie kapłańskie do łatwych nie należy, ale satysfakcja może być wielka.
– Opowiadałeś kiedyś w jakimś gronie Ojcze, że to Twoja mama ofiarowała Cię Bogu i do stanu kapłańskiego.
– Na zawsze zapamiętałem pewną rozmowę z mamą… Byłem świeżo wyświęconym księdzem, a ona od 20 już lat chora, niemal nie wstawała z łóżka. I pamiętam jak dziś jej słowa: „Nigdy ci nie mówiłam, że miało cię nie być, bo twój ojciec nie chciał żebym cię urodziła”. Rodzice budowali wtedy na wschodzie ogromnym wysiłkiem dom. Ojciec dla zasilenia rodzinnego budżetu dwa razy wyjeżdżał do Ameryki, a tu wypadek i w rodzinie Majchrów, ma się pojawić czwarte dziecko. Mama mówiła mi wtedy po latach: „Twój ojciec nie chciał, żebym cię urodziła, więc próbowałam nosić ciężary, skakać z wysokości…” I kiedy mówiła mi o tym, to przyszło mi do głowy, że mama to był jednak uparty charakter – szła do lekarza, po drodze przeżywała dramat katoliczki, ale jakoś nie doszła na tak zwany zabieg. Ale nie dlatego nie doszła, że nie była wojującą feministką, tylko dlatego, że brała odpowiedzialność za poczęte życie. Zapamiętałem głośne westchnienie, które wyrwało jej się z piersi, kiedy mówiła o tym synowi, ledwie opierzonemu księdzu, siedzącemu obok jej łóżka. Zawracając spod tego gabinetu lekarskiego i niedoszłego zabiegu miała powiedzieć: „Panie Boże obojętnie, co będę cierpieć ze strony mojego męża, ja to dziecko urodzę i ofiaruję je Tobie”. A ja słuchając tego po latach, już jako ksiądz pomyślałem, że przecież mnie nie pytała o zgodę, moje upodobania, ani o życiowe zamiary.
– Rodzice byli religijni?
– Tak, bo to była podstawa u ludzi przedwojennych. Mama całe lata chorowała, więc kapłan przychodził do domu z Panem Jezusem z parafii jezuickiej w Kłodzku. Mama żyła swoją pobożnością, modliła się i wywierała też jakiś wpływ na mnie, najmłodszego z czwórki rodzeństwa. Byłem ministrantem, więc mówiła: pamiętaj żebyś był zawsze w porządku przy ołtarzu. Była zatroskana i zwracała uwagę na moją postawę. Tata był tradycyjnie religijny – niedzielna msza święta i spowiedź w określonym czasie.
– Jak rodzice zareagowali, kiedy powiedziałeś im Ojcze, że chcesz zostać zakonnikiem?
– Tato w ogóle nie zareagował, bo generalnie nie ujawniał swoich emocji. Natomiast mama – pewnie trochę powodowana swoją chorobą – mówiła, żebym raczej pomyślał o diecezjalnym seminarium. Dla mnie to był Wrocław, ledwie 100 km, więc pewnie częściej byłbym w domu. No i może też wiązałyby się z tym jakieś pieniądze, co nie było wówczas dla rodziny bez znaczenia. Mieszkaliśmy w Kłodzku, a cały nasz dobytek w czasie wojny został na wschodzie, bo trzeba było uciekać w zasadzie tak, jak staliśmy, więc rodzice zabrali tylko to, co się dało, w tym czwórkę dzieci. Rodzice być może się domyślali, jaki będzie mój życiowy wybór, bo przez lata służyłem do mszy świętej. I choć w liceum składałem dokumenty na prawo do Wrocławia, to wybrałem drogę na lewo – do jezuitów. A były to czasy głębokiego socjalizmu, przed rokiem 1956.
– A dlaczego chciałeś Ojcze zostać właśnie jezuitą?
– Nie potrafię tego zdefiniować. Natomiast w żartach czasami odpowiadam, że jako ministranci – ja od klasy piątej do jedenastej – na plebanii mieliśmy swoją salkę, a na podwórku boiska do kosza i siatki. Bardzo mi to imponowało, jako młodemu chłopcu i może dlatego tak wybrałem. Ale to żart. Zadecydowało pewnie przebywanie z jezuicką wspólnotą od najmłodszych lat. A mamie namawiającej mnie na seminarium diecezjalne tłumaczyłem, że w domu i tak będę często, a pieniądze – choć ważne – to nie są przecież najważniejsze. Wybieram życie we wspólnocie zakonnej, bo łatwiej jest się pogodzić, kiedy się ludzie pokłócą z powodu różnicy charakterów.
– Już 50 lat temu mówiłeś, że pieniądze nie są najważniejsze, ale potem – dla Ciebie Ojcze – były zupełnie nieważne, bo co miałeś, to rozdawałeś, głównie więźniom.
– Tak się jakoś składa, że żyję z prezentów i jest mi z tego powodu bardzo miło. Nie mam wielkich potrzeb, więc nie oczekuję wiele. Wśród gości naszego domu rekolekcyjnego w Zakopanem nie brakuje osób chcących w różnej formie wspomóc osadzonych w więzieniach. Czasami są to pieniądze ofiarowane przez jakieś panie do mojej dyspozycji na potrzeby osadzonych, a czasami jest to pomoc w innej, bardzo różnej formie. Kiedyś pewien więzień – dodajmy, że niewierzący – zapragnął otrzymywać „Gościa Niedzielnego” i ktoś mu opłacił prenumeratę gazety na cały rok. Są różne formy okazania swojej wrażliwości.
– Ojcze, dlaczego właśnie więzienie od dziesięciu lat stało się Twoim głównym miejscem pracy duszpasterskiej?
– Widocznie Pan Bóg miał taki zamysł i posłużył się w tym celu Małgorzatą Wróbel – zwaną „Wawczynią” – dyrektorką Młodzieżowego Ośrodka Wychowawczego w Mszanie Dolnej, mającą w takiej pracy spore już doświadczenie. Znaliśmy się, kiedy jeszcze była nastolatką i ze Starego Sącza przyjeżdżała na tzw. młodzieżową mszę świętą do Kościoła Kolejowego w Nowym Sączu. I choć tłumaczem, że mam już i tak sporo zajęć wynikających z mojego jezuickiego dzieła, namówiła mnie na wizytę w więzieniu z grupą wolontariuszy. To pierwsze spotkanie bardzo mnie poruszyło. To było niezwykłe dla mnie. Wizyta w więzieniu, to właśnie jest to spotkanie z drugim człowiekiem w pracy duszpasterskiej. Chrystus daje takie pragnienie spotykania się z drugim człowiekiem i to jest dla mnie twórcze. Spotykałem ludzi, ale znałem tylko ich twarze, nie znałem nazwisk, paragrafów, ani historii życia. Dopiero po jakimś czasie zacząłem niektórych poznawać bliżej. Wspomniałem w mojej pierwszej więziennej książce o takim momencie: czekając po spotkaniu na wyjście, zauważyłem, że na uboczu stoi młody więzień. Zapytałem jak ma na imię i dlaczego jest taki smutny. „Mam na imię Rafał, a jakby ksiądz miał 25 lat, to ksiądz też byłby smutny”. Dopiero potem wytłumaczono mi, że 25 lat to jego wyrok za morderstwo. Ta sytuacja mnie zmroziła.
– Wybrałeś Ojcze pracę w więzieniu, choć od początku miałeś świadomość, że w swojej pracy duszpasterskiej trafiasz tu na najtrudniejszego – przepraszam za określenie – „klienta”. Gdybyś posługiwał w szpitalu, domu dziecka czy hospicjum, Twoi podopieczni byliby dużo łatwiejsi w pracy.
– Prawdopodobnie by tak było. Znałem nieco pracę z chorymi, kiedy jako jezuicki student filozofii chodziłem w Krakowie do zakładu dla nieuleczalnie chorych przy ul. Helclów, albo na Kopernika służyłem do mszy świętej mojemu współbratu, ojcu profesorowi Husowi. Spotykałem się tam z różnymi sytuacjami, zmarłym udzielałem warunkowego rozgrzeszenia, namaszczałem śmiertelnie chorych. Pamiętam kobietę, która zmarła na chwilę przed moim przybyciem – miała na imię Nadzieja… Nic jednak nie wywarło na mnie takiego wrażenia, jak więzienie i praca z osadzonymi.
– Ojcze, dlaczego używasz określenia „osadzeni”, a nigdy „więźniowie”?
– Dlatego, że określenie „więzień” kojarzy się wyłącznie negatywnie. A osadzony, to dla mnie człowiek, który gdzieś się w życiu pogubił i został tylko na jakiś czas ograniczony w swojej godności. Mówię tak z szacunku do człowieczeństwa. Dlatego osadzony, ponieważ niektórzy z nich mówili, że najbardziej brakuje im tego, aby inni widzieli w nich człowieka.
– Twoja pierwsza książka składająca się ze świadectw osadzonych spotkała się z ogromnych zainteresowaniem, odbiła się głośnym echem, rozeszła w całym nakładzie i potrzebny był dodruk. Jakbyś zarekomendował swoją drugą książkę składającą się ze świadectw i życiowych historii więźniów?
– Po pierwszej książce poruszyły mnie opinie czytelników, jakie do mnie docierały. Część z nich zamieszczam na początku drugiej książki, bo one dużo mówią o odbiorze tej lektury. Większości czytelników temat więzienia i ludzi osadzonych tam na długie lata nie jest znany. Wielu uważa, że osadzeni mają tam lepiej niż na wolności – jedzenie, łóżko, jakieś rozrywki. To chyba niesprawiedliwa opinia. Przez te historie chciałem pokazać i podkreślić działanie Bożego miłosierdzia, Bożej łaski i troski, jaka drogą kary więzienia dociera do człowieka, aby miał szansę rozwoju. W książce jest m.in. historia pokazująca, jak człowiek bez wykształcenia odnajduje Boga za kratami i pisze piękne zdanie: „moja wiara była cienka jak nitka”. Gdy będziemy czytać w książce jego korespondencję ze mną, to zauważamy, że Bóg szuka człowieka posługując się drugim człowiekiem. Może to być wolontariusz, nie tylko ksiądz.
– Nie frustruje Cię to Ojcze, że wielu tak często wraca za kraty?
– Trzeba to przyjąć do wiadomości, nie ma wyjścia. Chciałoby się żeby oni tam nie wracali, a tu znamienna jest wypowiedź Jacka Szymańskiego, który w książce opisuje, że na wolności, w Krakowie, co dzień biegał do kościoła, a później robił te wszystkie rzeczy, które zaprowadziły go ponownie za kraty, gdzie musi spędzić czas do 2020 r. Mówi on, że nie daje sobie rady z nałogiem kradzieży. Jacek przekazuje nam informację, co się dzieje z osadzonym po wyjściu, że on ponownie wraca za kraty. Wielu po prostu nie radzi sobie na wolności.
DTS nr 46 (263) 19.11.2015. Z okazji 500 numeru DTS o. Stanisław Majcher przysłał list do redakcji:
,,Słowo na 7. Dzień tygodnia„
Ulżyć niełatwej doli listonosza
Chociaż na zdjęciu obok fotograf przyłapał mnie z piórem w ręku, to ja jednak na co dzień nie zajmuję się pisaniem. Od pisania są inni i jak widać robią to całkiem nieźle, skoro po dziesięciu latach i 500 numerach nie słabnie zainteresowanie DTS-em.
Już nie raz słyszałem zapowiedzi, że gazety w tradycyjnej papierowej wersji odejdą do przeszłości. Odpowiem filozoficznie – przestrzegałbym przed fałszywymi prorokami, których wizje jakoś od lat nie chcą się spełnić. Papierowa prasa jeszcze długo przetrwa. Lubię być jednak przekorny, więc osobiście najczęściej czytam DTS w wersji… elektronicznej. Oczywiście nie z przekory, ale z wygody, bo – jak wyczytałem w reklamie – DTS bezpłatnie dostarcza gazetę przez całą dobę w dowolne miejsce na świecie. Mnie wystarcza, że dostarczają do Zakopanego na „Górkę”. Dzięki wynalazkowi gazety elektronicznej z dostawą na biurko, ktoś ulżył niełatwej doli listonosza, który nie musi się już wspinać po stromiźnie do nas z ciężką torbą.
Słyszałem gdzieś plotki, że jestem ojcem chrzestnym „Dobrego Tygodnika Sądeckiego”. Nie potwierdzam, nie zaprzeczam, ale tylko z wrodzonej grzeczności, bo jak by to wyglądało, gdyby duchowny z takim stażem wdawał się w dyskusję pod hasłem „kto ma więcej zasług dla stworzenia tygodnika”. Jeśli faktycznie miałem jakieś, to chętnie sceduję je na kogoś, kto czułby się niedoceniany przy okazji tego pięknego wyniku i 500 numeru.
Nie chcę z racji jubileuszu prawić kazań, a już na pewno przydługawych kazań z morałem, ale o jednym chciałbym wspomnieć. Jestem pełen uznania, że zespół, który tworzy wydawnictwo i gazetę, nigdy nie stracił wiary, że uda się to, czego się podjęli. Skądinąd wiem, iż łatwo im nie było, bo zaczynali praktycznie od zera i to w momencie, kiedy w media tradycyjne uderzył najpoważniejszy kryzys. Ale DTS ze wszystkich zakrętów i kryzysów wychodził na prostą silniejszy. Widać miał szczęście do dobrych ludzi, którzy zaufali i pomogli temu przedsięwzięciu oderwać się od ziemi, a potem bezpiecznie bujać w obłokach. Ja osobiście dzięki DTS-owi mogę być na bieżąco z Nowym Sączem, jego sprawami i ludźmi, a w jakimś stopniu jestem związany z tym miastem już ponad pół wieku.
Dobrze, że jesteście. Dzięki tygodnikowi można w siódmym dniu tygodnia oddać się solidnej lekturze.
Stanisław Majcher SJ



































































































































































































