Z gór widać lepiej. Margines (społeczny) jeździ na rowerze

Z gór widać lepiej. Margines (społeczny) jeździ na rowerze

Uwielbiam akcję „rowerowy maj”. Lubię ją za to, bo z całą ostrością pokazuje nasze miejsce w szeregu w tej kategorii życia społecznego. Według mojego wewnętrznego GPS jesteśmy w tej branży w lesie, a bardziej precyzyjne to na drzewie. Jeśli ktoś nie wie (a nie wie prawie nikt), z grubsza ta akcja – skądinąd fajna i potrzebna – polega tym, by zachęcić przedszkolaków, uczniaków i belfrów, do podróżowania do szkoły rowerem albo przynajmniej na hulajnodze.

Cel fantastyczny, tylko efekt do rzyci. Sprawdziłem w moim małym miasteczku. Wokół szkoły, jak co dzień, od rana krążyły dziesiątki (a może i setki) samochodów, w których nadopiekuńcze matki próbowały podwieźć swoje dzieci jak najbliższej drzwi wejściowych, a niektóre chyba nawet chciały zaparkować w klasie. Ścisk, korek, nerwy, smród spalin, zatkana połowa miasteczka, łącznie z główną drogą przelotową. Ten ocierający się o kryminał proceder podwożenia dzieci do szkoły to zalegalizowana wylęgarnia przyszłych niepełnosprawnych, młodocianych rencistów i pacjentów szpitali. Zgroza, która jednak nikogo nie gorszy, bo wnoszenie dzieci w lektyce do szatni, to nowa świecka tradycja. I żeby było jasne 90 procent tych dzieci mieszka nie dalej jak kilometr od szkoły. Na butach 1000 (słownie tysiąc) kroków, na rowerze 5 minut. Nawet po osiemdziesiątce zaleca się dawki 10 razy większe.

Jak pijany płotu czepiam się swojego ulubionego przykładu z Finlandii, gdzie przepis nakazuje dzieciom dojeżdżanie rowerem do szkoły, kiedy temperatura nie spada poniżej -15 stopni. Ale cóż oni tam w tej Finlandii się znają? W lesie siedzą, mało wiedzą. I pewnie żadnego znaczenia nie ma fakt, że ich kraj regularnie zaliczany jest do ścisłej światowej czołówki najlepszych miejsc do życia. Endorfin produkują tyle, że mogliby je eksportować do Polski, skoro Nokia ma się gorzej. U nas dojazd rowerem zarezerwowany jest dla pacanów, w szkole i pracy uchodzących za dziwowisko. Przecież można się spocić! Jeśli dobrze liczę przez 12 lat nauki, ojciec podwoził mnie samochodem na lekcje jeden raz. Ale to tylko dlatego, że miałem na nodze gips od pięty do… Ale już następnego dnia gnałem przez całe miasto do szkoły na pożyczonych kulach. Bo droga do i ze szkoły, to był rytuał, czas magiczny przeznaczony na omawianie z kumplami ważnych spraw w lidze piłkarskiej, albo jeszcze ważniejszych kwestii z dziewuchami z klas sąsiednich. Niedawno wyczytałem, że pani prezes największej sądeckiej firmy, potrafiła wracać ze szkoły tzw. doliną potoku nawet dwie godziny. Czasami z koleżankami, czasami z chłopakiem. Cudownie szczenięce lata!

I to by było – jak mawia klasyk – tyle w temacie. Ludzie dojeżdżający rowerami do pracy i szkoły to margines społeczny. A ludźmi z marginesu powinna się zająć policja, bo w tłoku mogą porysować lakier limuzyny dowożącej na lekcje małego księcia ze zwolnieniem z wuefu w tornistrze. Na rowerach do szkoły to niech sobie jeżdżą w Finlandii, albo jakiejś innej Holandii. My tu swoje wiemy i nikt nam mówił nie będzie.

Wojciech Molendowicz

Obejrzyj też:

 

Filmoteka dts24

194 Videos