Święta delikatnie wytrąciły mnie z rytmu życia, ale na szczęście powracam na wiadome tory – jeszcze do koncertu z połowy kwietnia, tego wybranego, który wbił mi się w czerep asteroidą nowego kosmicznego porządku.
13 kwietnia roku bieżącego. Spóźniony Słowik. Było jeszcze jasno, choć nisko. Krakusy z Minor God ruszają na pierwszy ogień, i zostają mi miedzy uszami już do końca – muzyczna supernowa, eksplodująca z mocą zdolną rozproszyć najgłębsze międzygwiezdne mroki. To nie był koncert. To był gig. Objawienie. Akt stworzenia, który torował sobie drogę ogniem gitary Jana Maniewskiego, über-rytmiki Bartłomieja Klisia i Wiktora Kozaka oraz poszarpanego, dzikiego wokalu Radka Burego – głosu, który, gdyby tylko mógł, zmiótłby mury Babilonu jak wiatr pył.

Kapłan i prorok, siła natury i jej zaprzeczenie. Bury był wszędzie – na scenie, pod sceną, nad nią. Smagał mikrofonem jak batem – ciął powietrze, straszył dźwiękiem, zaczepiał spojrzeniem. Jego ruch nie był tylko ruchem – był zaklęciem, a głos – wezwaniem do buntu.
Minor God to super-novum – chimera Moonstone, Narbo Dacal i Owls Woods Graves – a to, co wydarzyło się w niedzielę, wybrzmiało jak efekt miliarda lat ewolucji rocka, jak destylacja jego najczystszych esencji. Tu nie było idei – tylko wrażenia. Nie było tematów – a sytuacje. Krótkie spięcia, jak błyskawice w letniej zawierusze – niepokojące, zachwycające, niszczące. Wystarczyła chwila nieuwagi, by prześwietliły człowieka na wskroś, chwyciły za gardło, wbiły w ziemię, pozostawiając po sobie proch, pęcherze i swąd spalenizny.

Czy w tym szale była prawda? Czy ktoś dał Buremu maskę, czy może sam ją przywdział, by przetrwać gig? A może to był on – bez konwencji, bez filtra – rozkładający przed nami swoją duszę jak talię tarota, w której każda karta krzyczała: „To jest rock’n’roll, chujki!”? Nie wiem, czy wszechświat, który powstał tego wieczoru, przetrwał do dnia następnego, czy rozpadł się pod ciężarem własnego idiomu. Wiem tylko, że gdy dźwięk ucichł, a kurz opadł, każdy, kto tam był, wracał do domu z przesypem kosmicznego pyłu w butach.
Wróciłem i ja, znacznie bogatszy.






































































































































































































































