Hubert „Spięty” Dobaczewski nie musi niczego udowadniać, ale za każdym razem, gdy wchodzi na scenę, robi to z taką mocą, że trudno nie odnieść wrażenia, iż właśnie obserwujemy jednego z najlepszych, jeśli nie najlepszego tekściarza na szeroko rozumianej scenie alternatywnej. Jego koncert w Starym Sączu był tego najlepszym dowodem – pełnym emocji, muzycznej pasji i słów, które trafiają w samo sedno. Ale nie tylko tekstami Spięty zachwyca. Udowadnia też, że jest w znakomitej formie wokalnej.
Dobaczewski, który po latach jako lider Lao Che rozwija swój solowy projekt, nie osiadł na laurach. Nie powiela sprawdzonych schematów, nie odcina kuponów od przeszłości – zamiast tego wciąż eksploruje, eksperymentuje, bawi się formą i przekracza granice. To artysta, który nie boi się stawiać słuchaczowi wyzwań – i dlatego właśnie tak wielu chce za nim podążać. Spięty jest niesamowicie wiarygodny w tym co robi.
Koncert, który poruszył wszystkich
Sala Kina Sokół wypełniła się po brzegi. W powietrzu czuć było ekscytację – nie było tu przypadkowych osób, każdy wiedział, że ten wieczór będzie czymś więcej niż tylko kolejnym koncertem. I faktycznie – to było muzyczne doświadczenie, które angażowało nie tylko słuch, ale także emocje i wyobraźnię.
Spięty zaprezentował przekrojowy materiał z dwóch swoich solowych albumów: „Black Mental” i „Heartcore”. Dwa różne światy – surowa, gniewna, niemal brutalna energia pierwszego albumu spotkała się z liryczną refleksją i muzycznym minimalizmem drugiego. Ta konfrontacja stworzyła niesamowitą dynamikę – momentami koncert był niczym muzyczny cios, chwilę później zmieniał się w intymną opowieść na granicy szeptu i krzyku.
W tym wszystkim na pierwszy plan wybijały się teksty. Dobaczewski osiągnął w tej dziedzinie mistrzostwo – jego słowa nie są pustymi frazesami, ale przemyślanymi konstrukcjami pełnymi odniesień, gier językowych i podwójnych znaczeń. To teksty, które mają gęstość literacką, ale nie są pretensjonalne; są poetyckie, ale zawsze brutalnie szczere. Na żywo ich siła była jeszcze większa – podana z charakterystyczną chropowatą ekspresją Spiętego, która sprawia, że każde zdanie uderza prosto w świadomość słuchacza.
Muzyka i wizualizacje – koncert jako spektakl
Choć muzyka grała tu kluczową rolę, to koncert został dopracowany pod każdym innym względem. Wizualna warstwa spektaklu zrobiła ogromne wrażenie – na ekranie za zespołem pojawiały się komputerowe kolaże, abstrakcyjne obrazy, które zmieniały się w rytm muzyki, dopełniając narrację tekstów. Nie były to przypadkowe, ozdobne wizualizacje – miały swoją dramaturgię, swój puls i swoją opowieść.
Świetnie pracowało także światło – zimne, minimalistyczne barwy podkreślały chłód „Heartcore”, podczas gdy agresywnie migające reflektory dodawały jeszcze więcej energii ostrzejszym fragmentom z „Black Mental”. To był koncert, który był równie mocny w warstwie wizualnej, co muzycznej – nic tu nie było przypadkowe.
Zresztą, żeby osiągnąć pełnię brzmienia, potrzeba nie tylko świetnych utworów i dobrej scenografii, ale też perfekcyjnego dźwięku. O to zadbali realizatorzy dźwięku z firmy Głośniej z Nowego Sącza – nagłośnienie działało bez zarzutu, a dzięki znakomitemu systemowi głośnikowemu od renomowanej firmy El Acoustic, każdy dźwięk brzmiał selektywnie i mocno, ale jednocześnie nic nie ginęło w nadmiarze decybeli.
Zespół, który stworzył widowisko
Spiętemu towarzyszył skład muzyków, którzy wprowadzili w jego twórczość jeszcze więcej dynamiki i świeżości. Basista Mikołaj Zieliński i perkusista Bartek Kapsa tworzyli potężny rytmiczny fundament, który nadawał niektórym utworom niemal plemienny charakter.
Szczególne brawa należą się jednak Patrykowi Kraśniewskiemu na klawiszach. Jego gra była wielowymiarowa – raz drapieżna, rockowa, chwilę później pełna subtelnych jazzowych ornamentów. A do tego dochodził jego ekspresyjny styl sceniczny – pełne zaangażowania ruchy, kołysząca się górna połowa ciała, teatralna gestykulacja. To była muzyka grana nie tylko palcami, ale całym ciałem.
Owacje na stojąco i bisy, które przedłużyły magię
Publiczność chłonęła każdą minutę koncertu, a gdy Spięty po raz ostatni zszedł ze sceny, w sali rozległy się natychmiastowe owacje na stojąco. To nie była kurtuazja – to był autentyczny entuzjazm i wdzięczność za to, co właśnie się wydarzyło.
Zespół odwdzięczył się aż czterema bisami, a ukoronowaniem wieczoru było zaskakujące wykonanie utworu Wojciecha Młynarskiego o pewnym dancingu w pewnym górskim kurorcie. Publiczność przyjęła występ z entuzjazmem, po koncercie na gorąco wymieniając zachwyty.
To był koncert, który zostawił ślad. Nie tylko jako przeżycie muzyczne, ale jako doświadczenie totalne – tekst, dźwięk, światło, obraz, wszystko zagrało tu idealnie. Spięty po raz kolejny udowodnił, że nie idzie na łatwiznę i że jego solowy projekt to coś więcej niż kontynuacja Lao Che – to pełnoprawna, przemyślana i niezwykle dojrzała artystyczna ścieżka.
Jedno jest pewne – Stary Sącz długo będzie pamiętał ten wieczór.
„Materiał publikowany w ramach partnerstwa na rzecz promocji kultury.”































































































































































































































