Po meczu na „bunkrze” postanowiliśmy się przejść. Minęliśmy „Zagon” oraz „Maniusia” i zatrzymaliśmy się przy starym MOK-u. Stwierdziliśmy, że na „Jedynce” kupimy oranżadę i wypijemy ją pod „Nierobem”. Napojeni wstąpiliśmy do „Wdówki” i pod „Piątkę”, ale nie znalazłszy interesującego nas asortymentu postanowiliśmy iść do „Waśki” po „Jacka”. Stojąc pod dawnym „Batą” zastanawialiśmy się, czy skręcić w kierunku „Wydrzanki”, czy w stronę „Wenecji”.
Wybraliśmy ten drugi kierunek, ale kiedy okazało się, że nie ma tam nic ciekawego, mijając starą „Prowincjonalną” wróciliśmy pod „nasienny”, a stamtąd przeszliśmy obok „Świetlicy”, „Kosalówki”, skręciliśmy pod „Trupka”, minęliśmy dawną „Dagnanówkę” i zbiegliśmy „szpitalną górką” pod fabrykę Rossmanitha.
Tam rozważaliśmy, czy iść na „przekaźnik”, czy na „skałki”? Uznaliśmy, że może lepiej udać się w kierunku cegielni Chwaliboga. Wybraliśmy trasę obok „Kokosanki”. Gdy byliśmy już niedaleko, zmieniliśmy zdanie i poszliśmy na Aleksandrówkę. Po krótkim odpoczynku zamówiliśmy taksówkę i kazaliśmy się zawieźć pod „Praktyczną Panią”. Stamtąd przeszliśmy pod dawne „Bufory”, następnie zawróciliśmy, obok „blaszaka” skręciliśmy na „Słoneczko” i na koniec postanowiliśmy wytyczyć nowosądecki „szlak hańby”, od „Akwarium”, przez „Absolwenta”, „Czarną Wdowę”, „JazzGot”, „Cechową”, aż po „Szafę”. I tak wróciliśmy do punktu wyjścia.
I jak, „wierni Sądeczanie”? Przejechalibyście palcem po mapie całą tę trasę?
„Przemija postać tego świata…” – co nie?
Jakub Marcin Bulzak



































































































































































































