– „Spodziewałam się tego od jakiegoś czasu” – powiedziała Pani wczoraj w rozmowie z dts24. Decyzja prezydenta Ludomira Handzla nie była zaskoczeniem?
– Byłoby nieprawdą gdybym udawała, że do wczoraj wszystko było fantastycznie, a ja nagle jestem zaskoczona wczorajszym wydarzeniem. Od kilku miesięcy nasze relacje z prezydentem były napięte. Mieliśmy świadomość, że inaczej myślimy o wielu rzeczach, a zaczynaliśmy w zupełnie innym nastroju. Przez pierwsze lata tworzyliśmy bardzo zgrany tandem i poczucie pracy w oblężonej twierdzy tylko nas jednoczyło. Byliśmy przekonani, że…
– …że działamy w słusznej sprawie?
– Tak, chociaż ja nie lubię wojennej nomenklatury – przeciwnicy, wojna itp. Po porostu mieliśmy absolutne przekonanie, że robimy słuszne rzeczy i zgadzaliśmy się ze sobą w 99 procentach, ale ten procent zgodności od jakiegoś czasu mocno nam zjechał.
– I kiedy w 2019 r. wchodziła Pani z nowym prezydentem do ratusza, miała pani poczucie, że idzie tam w słusznej sprawie?
– Tak jest! Byłam absolutnie przekonana, że Ludomir Handzel, to najlepsza rzecz, jaka mogła się przytrafić Nowemu Sączowi, po długim okresie rządów prezydenta Nowaka. Do dzisiaj zresztą tak uważam, że w 2019 r. to była zdecydowanie bardzo dobra zmiana.
– A w 2025 r. może Pani powtórzyć to zdanie?
– Byłabym nieszczera gdybym je powtórzyła. Nie mam już tak głębokiego przekonania. Zresztą wczorajsza decyzja prezydenta pokazuje, że nie widział możliwości naszej dalszej wspólnej pracy.
– Dlaczego?
– Kiedy minął okres funkcjonowania w warunkach „oblężonej twierdzy”, bo prezydent Handzel zyskał większość w Radzie Miasta, mógł podejmować różne samodzielne decyzje. Wiele obszarów w mieście jest poukładanych i to działa naprawdę dobrze i dzisiaj rządy są dużo swobodniejsze. Teraz po prostu klimat do sprawowania władzy w Nowym Sączu jest zdecydowanie lepszy.
– To gdzie ?
– Może w tym, problem że możemy myśleć, co byśmy chcieli zrobić, a nie tylko o tym, co możemy zrobić. Może dlatego nam się te wizje trochę rozjechały.
– Tak Pani wczoraj powiedziała: „Wizja, jak miasto powinno wyglądać tak dalece nam się rozjechała, że prezydent stwierdził, że nie da się wspólnie dalej działać”. Na czym polega „rozjechanie wizji”?
– Nie jest chyba tajemnicą, gdzie te różnice się pojawiły – to obszar kultury, którą się zajmowałam. Miałam z tej pracy mnóstwo frajdy i poczucia sukcesu, który udało się odnieść.
– Skoro były sukcesy, to na czym polegały nieporozumienia czy wspomniany rozjazd wizji? Pamiętam prezentację dyrektora MOK Benedykta Polańskiego, który podsumował kolejną edycję Sądeckiej Jesieni Kulturalnej, jako sukces frekwencyjny, artystyczny, finansowy. A dwa dni później przestał być dyrektorem.
– Ku mojemu ogromnemu rozczarowaniu.
– Dlaczego tak się stało?
– To jest pytanie do pana prezydenta. Ja od wyborów w 2024 r. nie zajmowałam się już kulturą. W ramach reorganizacji pracy urzędu, kultura została przekazana wiceprezydentowi Arturowi Bochenkowi.
– A jakie było uzasadnienie tamtej decyzji?
– Takie, że jest to bardzo widowiskowy i przyciągający uwagę obszar. A ponieważ prezydent Handzel nie ukrywał, że jego następcą, jego wyborem jest Artur Bochenek…
– …następcą na stanowisku prezydenta?
– Tak, osobą, która będzie kontynuowała jego wizje, jest Artur Bochenek. Prezydent specjalnie tego nie ukrywał. Tym sposobem uznał, że podporządkowanie Arturowi Bochenkowi obszaru kultury będzie sprzyjało budowaniu jego wizerunku.
– Nie usłyszała Pani zarzutu, że źle zarządza kulturą?
– Takiego zdania nie usłyszałam, choć było dużo napięć związanych z funkcjonowaniem kultury. Pola napięć były dwa. Kwestia finansowa – istniało wówczas oczekiwanie, że wydarzenia kulturalne powinny zbliżać się do samofinansowania. Że Jesień Kulturalna i inne wydarzenia nie powinny wychodzić poza budżet MOK-u.
– A wchodziły?
– Benedykt Polański nigdy nie ukrywał przed kolejnymi edycjami Sądeckiej Jesieni Kulturalnej, że przewiduje wydatki przekraczające maksymalnie 10 procent założonego budżetu.
– MOK się nie bilansował, a MOSiR się bilansuje?
– To pytanie do dyrektora MOSiR-u. Oczywiście, że się nie bilansuje. I to budziło jakiś mój wewnętrzny sprzeciw. Ta zwiększona dotacja do MOK-u ostatecznie trafiała, ale klimat jaki wokół tego panował, budził mój bardzo duży sprzeciw. Choćby w kontekście wydatków na piłkę nożną i drużynę Sandecji.
– Która zresztą również się nie bilansuje.
– Skoro możemy na tamten obszar przeznaczać tak duże pieniądze, to dlaczego jest problemem nieporównywalnie mniejsze dofinansowanie działań w obszarze kultury? Tym bardziej, że sądecki MOK jest ewenementem w skali kraju. Przychody jakie uzyskiwał w zasadzie zrównywały się z dotacją roczną z ratusza. Nie mogłam pogodzić się z oczekiwaniem, że kultura ma się samofinansować.
– Nowa dyrektor MOK-u poradzi sobie z tym?
– Szczerze jej tego życzę. Pani Małgorzata Gułowska ma doświadczenie w organizowaniu tych imprez, którymi zajmował się sam ratusz – jarmarki, akcja wakacyjna…
– Mówi się, że zapłaciła Pani stanowiskiem, za obronę dyrektora Benedykta Polańskiego.
– Nie chciałabym, aby w taki sposób była postrzegana decyzja prezydenta Ludomira Handzla, bo mi już od pół roku nie podlegała kultura. Ani nie mogłam go bronić, ani wpływać na te decyzje.
– Ale mogła Pani wyrażać swoją opinię.
– I ją wyraziłam. Powiedziałam, że to jest zła decyzja, bo Benedykt Polański to jest świetny menadżer kultury. To jest człowiek, który postawił na nogi sądecką kulturę.
– To dlaczego został odwołany? Narobił bałaganu w papierach?
– Jestem pewna, że żadnego bałaganu w papierach nie narobił.
– Słyszała Pani opinię, że to raczej typ artysty, który nie dba o dokumenty?
– Zdecydowanie jest menedżerem kultury!
– Nie zaglądając kobiecie w PESEL. Jak długo znacie się z Ludomirem Handzlem?
– Jakieś 30 lat. Od pierwszej klasy I LO im. Jana Długosza.
– Siedzieliście w jednej ławce?
– Nie siedzieliśmy. Zdarzało się, że Ludomir siedział za mną i czasami sobie podpowiadaliśmy, a czasami gadaliśmy na lekcjach, jak nie były za bardzo ciekawe.
– Opowiada to Pani z uśmiechem, a Pani kolega z klasy, a do niedawna szef wręczył Pani wczoraj wypowiedzenie.
– Może właśnie dlatego, że tak długo się znamy, to nie jestem w stanie być bardzo oburzona, wstrząśnięta czy załamaną tą decyzją.
– „Czuję ulgę i rozgoryczenie” – powiedziała Pani wczoraj.
– Tak, bo to napięcie jednak było i ono ciągle rosło.
– Czuła Pani, że coś się wydarzy?
– Wiedziałam, że coś się wydarzy, ale nie wiedziałam kiedy. A rozgoryczenie dlatego, że ja naprawdę uwielbiałam tę pracę. To chyba była najlepsza część mojej kariery zawodowej, choć bardzo też lubiłam moją pracę w WSB-NLU. Świetnie się również czułam pracując z posłem Piotrem Naimskim, kiedy byłam dyrektorem jego biura poselskiego.
– Posłem Prawa i Sprawiedliwości – dodajmy. Jak to było do pogodzenia z pracą z Ludomirem Handzlem?
– I to jest ten ciekawy wątek, wyciągany mi potem kiedy startowałem z list Platformy Obywatelskiej. Podkreślam to przy każdej okazji – nigdy nie byłam członkiem PiS. Nie jestem też członkiem Platformy Obywatelskiej.
– I może to był ten błąd, który kosztował utratę stanowiska? Dostała Pani deklarację partyjną do podpisu?
– Aż tak to nie. Była o tym rozmowa po wyborach do europarlamentu. Uznałam, że w mojej działalności samorządowej nie jest potrzebne, bym zapisała się do jakiejkolwiek partii. Skoro nigdy nie zapisałam się do PiS przez tyle lat pracując z posłem tej partii… A przy okazji – w mojej ocenie Piotr Naimski to jeden z najlepszych polskich polityków. Uważam, że to co Polska zawdzięcza Piotrowi Naimskiemu jest bardzo niedocenione.
– A w 2019 r. poseł Naimski był zdziwiony, że przyjęła Pani propozycję od Ludomira Handzla?
– Był zdziwiony, ale nie usłyszałam od niego żadnych gorzkich słów, że zdecydowałam się przyjąć propozycję od prezydenta miasta.
Rozmawiał Wojciech Molendowicz
Wykorzystano fragmenty wywiadu dla Regionalnej Telewizji Kablowej
Czytaj też:
„Prezent w tygodniu poślubnym”. Świeżo upieczony zięć dosadnie komentuje odwołanie Magdaleny Majki



































































































































































































