6. SJF: Andrzej Jagodziński Trio [RELACJA]

6. SJF: Andrzej Jagodziński Trio [RELACJA]

Dom otwarty.

Przyszedłem jak zwykle za późno, z ledwo rozmytych oparów dnia w prześwity światła – ciszę Bacha i echa Chopina, które zaraz zadrżą pod naporem Jazzu. Miasto wstrzymuje oddech. Dogasający wieczór miesza się ze stukotem obcasów i trzaskiem szelakowych płyt. Dom otwarty – noc, powolna jak mazurki, zaczyna sączyć się z głośników, kropla po kropli, jak deszcz ślizgający się po szybach. Zerkam kątem oka, przez palce, przez drzwi. Neon stacji pulsuje niezmiennym blaskiem, jakby wyrwał się spod władzy czasu.

Andrzej Jagodziński | Fot. Małgorzata Tomica (Tomikaart)

Moglibyśmy trwać tak bez końca, słuchając głębokiej linii basu, kiedy grają Komedę – w każdym dźwięku, który tętni w nas, wypełniając wszystko, co powinno zostać niedopowiedziane. Klawisze zaczynają szeptać, delikatnie, jakby dotykały tajemnego. A oni? Spoglądają gdzieś – w przestrzeń? Nie, oni patrzą w siebie, tam, gdzie muzyka gra, gdzie wybrzmiewa coś, czego nie wolno skaleczyć słowem. Jakby noc trzymała nas na granicy – między koncertem a opowieścią, sacrum a profanum, między tym, co realne, a tym, co znacznie głębiej.

Podpieram ścianę, wstaję, znowu siadam. Koty przemykają między rzędami – jak improwizacja polująca na oryginał. Zerkam kątem oka, przez palce, przez drzwi. Neon stacji pulsuje niezmiennym blaskiem, jakby wyrwał się spod władzy czasu. Patrzę na zegarek, potem na swoją papierową damę. Zrobiłem ją już wcześniej podczas jednych z moich przydługich przechadzek między wierszami; dziś wydaje się prawie gotowa – zmaterializowana chwilą przerwaną tylko po to, by ją komuś podarować, taki drobiazg – żebyście o mnie pamiętali.

Adam Cegielski i Czesław Bartkowski | Fot. Małgorzata Tomica (Tomikaart)

Wyszedłem jak zwykle za wcześnie, splątany powidokami sceny; ciszą Bacha i echem Chopina – muzyką, która nadal drży pod naporem Jazzu. Zza murów dociera przygaszony zapach fortepianowych tonów, przypominających, że to jeszcze nie koniec. Że bis. Że sztuka ma nie tyle moc opowiadania historii, co ich nadpisywania. Jak nowe linie na starym pergaminie. Ta moc zabrała mnie na księżyc, zabrała mnie do gwiazd. Ale na starosądeckim niebie nie było już żadnych gwiazd. Wszystkie spadły na ziemię.

Wszyscy, którzy już wyszli, widzą to – pustą przestrzeń szemrzącą codziennością, rozbrzmiewającą mglistymi wspomnieniami tego, co było. I ten dom, ten dom naprawdę jest otwarty… Wkrótce znowu wypełni się ludźmi, ktoś przyniesie uśmiech, ktoś słowo, inny cząstkę siebie. Bo przecież wszyscy przyszliśmy tu po to samo: po zapomnienie, że to tylko scena, i przypomnienie, że to aż scena. Że w tym efemerycznym miejscu jest coś więcej – coś, co trwa, nawet gdy zgasną światła i wyjdzie ostatni gość.

Dom otwarty.

Fot. Małgorzata Tomica (Tomikaart)

 

Filmoteka dts24

217 Videos