Obserwuję to znowu, jak co roku. Wzmożenie, poruszenie. Tym razem koncertem Tria Andrzeja Jagodzińskiego. I te tradycyjne zapytania czy aby na pewno są jeszcze bilety? Nie na Festiwal, na koncert Jagodzińskiego. Że taaaka gwiazda! Z pewnością Trio Andrzeja Jagodzińskiego z wszystkich artystów zaproszonych w tym roku do Starego Sącza jest zespołem najbardziej uznanym i rozpoznawalnym. Koncertują Panowie w niezmienionym składzie z sukcesami już od 30 lat!
Pewnie dziennikarze znowu zapytają mnie o to samo, tj. który koncert szczególnie chciałbym zarekomendować naszym czytelnikom, słuchaczom. I jak zwykle przy takim pytaniu będę zakłopotany.
Na Sącz Jazz festiwalu prezentujemy zawsze w miarę możliwości jak najmocniejszy program, który tworzy przekrojową panoramę jazzu nie tylko polskiego. Robimy tak, po to, żeby nie być zakładnikiem jakieś mody czy konwencji. Może być i tak, że ktoś przez cały rok nie wybierze się na żaden inny koncert jazzowy, ale uczestnicząc w naszym festiwalu ciągle będzie na bieżąco i dobrze zorientowany co w trawie (a konkretnie w jazzie) piszczy.
O taaaak, kochamy gwiazdy, kochamy duże nazwiska. Artystów znanych z radia, a jeszcze lepiej z telewizora! Kłania się nieśmiertelny Inżynier Mamoń z rejsu – umysł ścisły, który mawiał: „Mnie się podobają melodie, które już raz słyszałem. Poprzez reminiscencję. No jakże może mi się podobać piosenka, którą pierwszy raz słyszę?”.
Łatwo i bezpiecznie jest podążać utartymi ścieżkami. Dlatego gwiazdy nawet te sprzed dziesiątek lat wyprzedają stadiony. Ale zapewniam, że w podróży największe przygody zawsze czekają nas, gdy zejdziemy z utartego szlaku. W muzyce jest tak samo.
Pisarz Jan Faust zwierzył się kiedyś „jak widzę młodych ludzi, a nawet bardzo młodych ludzi zabierających się za jazz to zawsze jestem sceptyczny i pełen obaw”.
Ale, czy w zeszłym roku przypadkiem nie było u nas tak, że najlepsze koncerty zagrały młodziutkie składy Lilla Orbay Quintet z Budapesztu i polsko-norweski Pesh? Istni młodzieniaszkowie przecież.
Albo inne moje doświadczenie tym razem z festiwalu Pannonica. Czy nie przyćmił sławnej Orkiestry Pogrzebowo Weselnej Gorana Bregovića zupełnie nieznany, koncertujący pierwszy raz w Polsce francuski Aalma Dili, który zagrał bezpośrednio po tej mega-gwieździe, gdy większość publiczności po koncercie Bregovića była już w powrotnej drodze do domu, a pod sceną została jakaś ¼ publiki?
Kto wie, może na starosądeckiej scenie wystąpią nie bardzo znani jeszcze artyści, którzy za parę lat zrobią światową karierę albo nawet zmienią historię muzyki?
Prawie anonimowy wtedy w Polsce gambista Jorge Saval, jeszcze „za komuny” przeleciał na prowincjonalne lotnisko Kraków Balice i pogubiony w baraczku udającym terminal, szukał kogoś, kto podpowie mu jak dojechać do Starego Sącza. Tam bowiem miał wystąpić w maleńkim kościółku na jakimś festiwalu muzyki dawnej. Ten sam Saval, który na przełomie XX i XXI w stał się muzyczną ikoną naszych czasów, geniuszem koncertującym w najsłynniejszych salach koncertowych na całym świecie od Mexico City po Tokio.
W kulturze i tzw. ”branży” artystycznej takie wydarzenia i tego typu odkrycia są niczym Święty Graal.
Zazdroszczę sądeczanom, którzy w roku 1960, mogli na żywo zobaczyć i wysłuchać koncert Orkiestry Andrzeja Kurylewicza z m.in. młodziutkim Janem Ptaszynem Wróblewskim i Wojciechem Karolakiem w składzie. Zazdroszczę, ale oczywiście tym którzy na koncercie byłi, a nie tym którzy mogli być, ale nie uznali, że warto.
Otwórzmy się na nowe doświadczenia muzyczne. Bądźmy ciekawi nie tylko głośnych nazwisk, ale również starannie selekcjonowanych przez nas młodych zespołów, do których jak sądzimy, jazzowa scena będzie należeć za kilka, kilkanaście lat.
Nie bądźmy jak przysłowiowy inżynier Mamoń.
Wojciech Knapik
Dyrektor Artystyczny Sącz Jazz Festival’u
Więcej o festiwalu w DTS:




































































































































































































