Naprawdę próbowałem żyć w światach, które mi oferowano – w świecie moich rodziców, moich dziadków, w świecie historii, polityki, świąt, kazań i nakazów. Ale już jako dziecko wiedziałem, że to nie przejdzie.
Tylko skąd ta pewność? Te swędzące myśli, nie do zadrapania? Rozwolnienia, nie do zatwardzenia? Skąd te łapane z eteru fale, które kazały działać – ruszyć tyłek z kamienia i wymyślić się inaczej, ulepić swój świat z prochu ziemi i tchnąć w jego nozdrza dech życia? Do tej pory nie wiem, ale wtedy wiedziałem… jedno – że potrzebuję czasu, dużo czasu, i jeszcze więcej wytrwałości, by zacząć odradzać atmosferę i oddychać możliwie swoim powietrzem.
To był początek rozciągniętego w czasie zrozumienia, że myśl, jak świerzbiąca łąka, jest niczym więcej niż złudzeniem – iluzją, która odpowiada za większość naszych frustracji i niepowodzeń. I wtedy zadałem sobie pytanie: czym jest ten perfidny mod, na którym postawiono moje życie? Kto nadaje sygnał, kto wprowadza poprawki, kto nadpisuje zmiany? Wypiąłem wtyczkę i postawiłem firewalla. Wolny od starych systemów, martwych znaków, idiotów, infokracji i samego siebie, pojąłem, że to człowiek tworzy metamorfozy, że jesteśmy więksi niż nasze myśli, więksi niż nasze ciała. Nie jesteśmy fragmentem wszechświata – jesteśmy wszechświatem.
Od tamtej chwili niestrudzenie szukam tej syntezy. Tu trzeba być cholernie konsekwentnym i skupionym, bo to najpiękniejsze z uczuć, jakie istnieje, przychodzi i odchodzi – to jak jazda na fali. Czasem z niej spadasz, czasem jesteś na jej szczycie. Ale kiedy w końcu „kliknie”, wiesz, że nie trzeba ci niczego więcej.



























































































































































































































