Ludzie gór w żałobie. Dziś (10 października) do wieczności powędrował Maciej Zaremba – Członek Honorowy Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego i Honorowy Prezes Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego – Oddział Beskid w Nowym Sączu.
Nowosądecki Oddział PTT istnieje właśnie dzięki śp. Maciejowi, który w 1990 roku reaktywował placówkę i przez pięć kadencji pełnił funkcję prezesa (1990–2004). Od 2004 roku był Prezesem Honorowym.
Na jego hasło: „nasze miejsce jest w górach” wycieczki stały się podstawową działalnością oddziału.
„Sam jako przewodnik poprowadził 262 wycieczki dla PTT. Zorganizował dwa kursy przewodników beskidzkich i założył Koło Przewodników PTT. Z Jego inicjatywy powstała Biblioteka Oddziałowa. Zorganizował wyznakowanie Szlaku bł. Kingi i Nowosądeckich Szlaków Spacerowych PTT. Doprowadził do reaktywowania w PTT odznaki GOT i w latach 1994–2004 był przewodniczącym Komisji Oddziałowej GOT weryfikując odznaki. Zredagował i wydał 63 numery pisma „Beskid”. W 2005 roku napisał monografię Oddziału, a w 2015 i 2020 roku opracował jej uzupełnione wydania. (…) Nadano Mu prawie 40 odznaczeń, m.in. Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski, Złoty Krzyż Zasługi, Srebrny Krzyż Zasługi, Medal Stulecia Odzyskanej Niepodległości, Odznaki Honorowe: Za Zasługi dla Turystyki, Złota Zasłużony Działacz Turystyki, Zasłużony Działacz Kultury Fizycznej, Złota Za Zasługi dla Sportu, Złota Za Zasługi dla Województwa Małopolskiego, Złoty Krzyż Małopolski, Medal Za Zasługi dla Województwa Małopolskiego, Złota Tarcza Herbowa Nowego Sącza, Medal 700-lecia Miasta Nowego Sącza, Złote Jabłko Sądeckie, Złota Odznaka PTT z Kosówką i inne. Otrzymał kilka tytułów, m.in. Osobowość Sądeckiej Turystyki 2013, Przewodnik Turystyczny 2017, Przewodnik XX-lecia” – czytamy we wspomnieniu, które opublikowano dziś w mediach społecznościowych PTT.
24 lata mieszkał w ratuszu
Choć znany jest przede wszystkim z egzotycznych wojaży w najodleglejsze zakątki świata oraz wysokogórskich wypraw, sądecki przewodnik, współzałożyciel i prezes Oddziału „Beskid” Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego, Maciej Zaremba, swoje pierwsze kroki stawiał w samym sercu Nowego Sącza, czyli w sądeckim ratuszu.
Dziadek od strony mamy Zofii, Józef Kłosowski, dostał służbowe mieszkanie w ratuszu jeszcze przed I wojną światową, w 1913 roku. Miał dziewięcioro dzieci, które wykształcił z urzędniczej pensji. Później w ratuszu mieszkali rodzice pana Macieja. Zofia Kłosowska, po mężu Zaremba, urodzona w ratuszu w 1921 roku, pracowała w Urzędzie Miasta Nowego Sącza od roku 1940 aż do emerytury, na którą przeszła po 40 latach pracy, w 1980 roku.
Urodzony nad Popradem, zamieszkał w ratuszu
– Mój młodszy o cztery lata brat Jacek, późniejszy znany sądecki dziennikarz, był ostatnim urodzonym w ratuszu dzieckiem. Ja sam urodziłem się w lipcu 1944 roku, jeszcze w czasie II wojny światowej, w Piwnicznej-Zdroju – wspomina Maciej Zaremba.
Końcem wojny w sądeckim ratuszu przebywali jeszcze Niemcy. Państwo Zarembowie postanowili, że pani Zofia urodzi w pensjonacie „Orlęta” nad Popradem, który zbudował drugi dziadek, tarnowski sędzia, doktor Franciszek Zaremba.
– W wakacje 1944 roku, rodzice przenieśli się właśnie do „Orląt”, gdzie w lipcu przyszedłem na świat. Pół roku później, w styczniu 1945, wróciliśmy do domu, do ratusza. Z tego, co mi opowiadano, przyniesiono mnie na rękach, a częściowo jechałem na sankach. Pociągi przecież nie chodziły, nie było też jeszcze żadnych PKS-ów. Tak zamieszkałem w ratuszu w Nowym Sączu, gdzie spędziłem 24 lata życia – opowiada przewodnik.
Wraz z rodziną zajmował mieszkanie na drugim piętrze, po lewej stronie, gdzie Zarembowie przenieśli się w czasie okupacji. Wcześniej rodzina zamieszkiwała pomieszczenia po prawej stronie budynku. Za mieszkanie służyły domownikom trzy pokoje i dwie kuchnie. Wszyscy kąpali się w dużej przedwojennej, cynowej wannie, do której babcia, pani Maria Kłosowska, wlewała dwa duże wiadra wody.
Na straganie w dzień targowy
W latach 50. XX wieku samochodów przejeżdżających przez nowosądecki rynek było jak na lekarstwo. Panował za to, zwłaszcza w dni targowe czyli wtorki i piątki, duży ruch. Z rynku odjeżdżały również autobusy PKS. Na kilkuletnie dziecko mogły zatem czyhać różne niebezpieczeństwa. Doskonale zdawały sobie z tego sprawę babcia Maria i mama Zofia, które obawiały się puszczać czteroletniego wówczas Maćka samego na rynek, przez co nie miał on kontaktu z innymi dziećmi.
– I właśnie z obawy, bym przez to nie wyrósł na dzikusa, mama zapisała mnie do przedszkola, mieszczącego się niedaleko, przy ulicy Jagiellońskiej. Któregoś dnia zaprowadziła mnie tam przed pracą, a po pracy przyszła odebrać. Zapytany przez mamę, czego dowiedziałem się w przedszkolu, z dumą zadeklamowałem naprędce wyuczony wierszyk: „Gdy na łące zakwitnie kwiecie, gdy słowik zanuci swe trele, o jakie piękne jest życie, ze Związkiem Radzieckim na czele”. Te ostatnie słowa wypowiadało się stojąc na baczność. Reakcji mamy nie pamiętam, ale wiem, że więcej do przedszkola już nie poszedłem – śmieje się pan Maciej.
Gdy w 1948 r. urodził się jego młodszy brat, Jacek, chłopiec zyskał wiernego towarzysza zabaw. Olbrzymi w oczach dzieci ratuszowy budynek dawał duże pole do popisu w organizacji codziennych rozrywek i uprawiania różnego rodzaju sportów. Malcy urządzali zatem wyścigi, w tym na rowerkach. Na porządku dziennym były również skoki, trójskoki, czy biegi. Dzieciaki bawiły się też kamiennymi klockami. Koledzy Maćka często go odwiedzali, wszak tak reprezentacyjny „dom” był dla nich nie lada atrakcją. – A ja miałem klucze, a więc i dużo swobody. Chętnie ich zatem oprowadzałem.
Na sylwestra bal i rock and roll
W latach 50. i 60. XX wieku w Sali Reprezentacyjnej im. Stanisława Małachowskiego, czyli największej sali ratusza, odbywały się najważniejsze w Nowym Sączu bale sylwestrowe. Bawiła się tam wtedy elita, czyli sekretarze PZPR, władze miasta i powiatu, dyrektorzy firm oraz lekarze czy adwokaci.
– Obserwowałem to wszystko z góry, z tzw. galerii. Pamiętam, jaką sensację wzbudziła Basia Gorgoniówna, wielokrotna mistrzyni Polski w saneczkach, olimpijka, medalistka mistrzostw świata, gdy jako pierwsza w Nowym Sączu, na oficjalnej imprezie, zatańczyła rock and rolla. Był to chyba 1957 rok. Nie patrzyłem na twarze partyjnych bonzów, ale zakładam, że mogli być oburzeni, iż ktoś ośmielił się zatańczyć ten amerykański, imperialistyczny taniec – mówi pan Maciej, który zapamiętał również z młodych lat, jak w ratuszu gościł jego ulubiony autor powieści młodzieżowych Melchior Wańkowicz.
Cytrusy, karp i… coca-cola
Na pierwszym piętrze ratusza, w bocznym hallu, w okresie przedświątecznym odbywały się kiermasze. Było to dla mieszkańców nie lada wydarzenie, ponieważ na takim „targu” można było nabyć niedostępne na co dzień dla zwykłego obywatela pomarańcze bądź cytryny.
– Najbardziej jednak niesamowitą rzeczą była coca-cola, absolutny rarytas. W sklepach nie było jej w ogóle i sprowadzano ją do Nowego Sącza tylko na te ratuszowe kiermasze. Potem zniknęła z Polski na około 20 lat. Jej produkcję uruchomiono dopiero za rządów Edwarda Gierka – podkreśla przewodnik.
Na kiermaszach sprzedawano także zwykłe produkty, o których stałą dostawę do sklepów było jednak trudno. Pan Maciej na polecenie mamy kupował cukier. Ponieważ sprzedawano go tylko po kilogramie na osobę, w kolejce musiał stawać po kilka razy. Co roku, w połowie grudnia, mieszkańcy mogli na ratuszowym korytarzu zakupić jeszcze wigilijne karpie. Sprzedażą tych ryb zajmowała się Zofia Zaremba.
Chciałem być… dorożkarzem
W czasach gdy pan Maciej mieszkał w ratuszu, wzdłuż uliczek stały bryczki i dorożki zaprzęgnięte w konie. W późniejszych latach Jacek Zaremba na łamach prasy publikował fragmenty swoich własnych wspomnień z „ratuszowych” czasów. Pisał, że w dzieciństwie bardzo chciał zostać strażakiem. Brat Maciek zaś, jego zdaniem, bardzo pragnął wtedy trudnić się… dorożkarstwem.
– O zawodzie strażaka również marzyłem, jak chyba każdy malec. Rzeczywiście był jednak taki okres, że dorożki wprost kochałem. Pamiętam że, gdy miałem siedem lat, dałem sobie nawet wyciąć w szpitalu migdałki. Warunkiem było jednak, że na zabieg mama zabierze mnie dorożką, tam i z powrotem. W innym wypadku spod noża bym po prostu uciekł – opowiada przewodnik.
– Moim ówczesnym dorożkarskim idolem był niejaki pan Kaleta, ojciec mojego kolegi z klasy. Pamiętam, że bryczkę i konia trzymał gdzieś na podwórku, na ulicy Naściszowskiej.
Jacek Zaremba w następujący sposób opisał zamiłowanie swojego starszego brata do dorożek: „Koniecznie chciał być dorożkarzem, chodził wyłącznie w połatanych portkach i – z braku konia – lał mnie, biednego batem, zrobionym z kijka i kawałka sznurka”.
– Istotnie miałem taki bat; ot, dziecięce zabawy. W taki oto wdzięczny sposób opisał mnie w prasie mój osobisty brat – mówi ze śmiechem miłośnik turystyki.
A może strażakiem?
Do początku lat 60. XX wieku na wieży ratuszowej w Nowym Sączy dyżurowali całodobowo strażacy, którzy z lornetkami w rękach wypatrywali dymu.
– Często wraz z Jackiem chodziliśmy do tych strażaków na wieżę. Ci zaś przyjmowali nas dość miło, bo większość dnia spędzali po prostu się nudząc. Zmieniali się bodajże co dwanaście godzin. Ja sam dostałem dwukrotnie pochwałę od strażaka, bo wypatrzyłem dym nad Mostkami. No i przy okazji dowiedziałem się o istnieniu tej właśnie wsi, położnej za Starym Sączem – wspomina przewodnik.
Dziadek spalił ratusz
Dziadek Józef Kłosowski przed emeryturą był w ratuszu tzw. „drogomistrzem”. Zarządzał miejskimi drogami, ulicami, placami, zielenią miejską, betoniarnią etc. Na emeryturze zaś został w ratuszu administratorem. Podlegały mu między innymi panie sprzątające. Wielu produktów i artykułów brakowało, zatem często potrzebne rzeczy robiło się domowy sposobami.
– W tym na przykład pasty do podłóg. Pewnego dnia dziadek przygotowywał właśnie taką pastę, na bazie benzyny. Wszystkie składniki mieszał w dużym garnku, stojącym na piecu, „na blasze”, w jednej z dwóch naszych kuchni – opowiada przewodnik.
Nieoczekiwanie nastąpił wybuch. Ogień rozprzestrzenił się w mgnieniu oka, na całą kuchnię. Powstało ciśnienie tak ogromne, że mężczyzna nie mógł uciec na korytarz przez drzwi. Wpadł więc do następnego pokoju, który zaraz zaczął się palić, tak samo, jak kolejny.
– Dziadek schował się pod łóżko, co jednak nie było najwyraźniej dobrym pomysłem, bo zaraz i łóżko zajęło się płomieniami. Dziadek wszedł zatem szybko na parapet. Przesunął się na jego zewnętrzną część i opuścił się nogami w dół. Wisiał tak, dopóki nie uratowali go strażacy – wspomina wnuk ówczesnego ratuszowego administratora.
Z uwagi na ogień i wysoką temperaturę strażacy nie mogli wejść do kuchni z korytarza, pomimo rozbicia drzwi toporkami. Na rynku panował tłok i strażakom ciężko było dostać się do uczepionego ratuszowej elewacji mężczyzny. Udało im się jednak podjechać pod ratusz i wysunąć drabinę. Ta okazała się niestety zbyt krótka. Strażak znajdujący się na górze drabiny, wszedł na boczne elementy ratusza, chwycił pana Józefa za pięty i ściągnął go na dół. Dziadek pana Macieja szczęśliwe przeżył, ale był bardzo mocno poparzony. Blizny zostały mu do końca życia. – Gry rozgrywały się te dramatyczne wydarzania, miałem pięć lat. Nie zdawałem sobie sprawy, że gdybyśmy nie byli wówczas w Piwnicznej, najpewniej nie byłoby już nas wśród żywych.
Krzyż znaleziony w… śmieciach
W latach, gdy Maciej Zaremba był mieszkańcem ratusza, śmieci wyrzucano z tyłu budynku, w okolicy dzisiejszej restauracji „Ratuszowej”. W pobliżu była też piwnica i kotłownia, a całkiem niedaleko warsztat kowalski.
– Od lat 20. XX wieku w Sali Reprezentacyjnej im. Stanisława Małachowskiego wisiał pięknie rzeźbiony drewniany krzyż z figurą Chrystusa. W drugiej połowie lat 40. krzyż usunięto, na polecenie ówczesnego wiceprezydenta Antoniego Górki. Krucyfiks zabrała do naszego mieszkania babcia Maria. Po odwilży październikowej, w 1956 roku, poproszono ją, by krzyż oddała. Zawisnął ponownie w największej sali ratusza – mówi pan Maciej.
Niestety, odwilż długo nie trwała i wkrótce babcia Kłosowska znowu znalazła ów krzyż wśród sterty ratuszowych odpadków. Oczywiście zabrała go do domu i od tamtej pory znajdował się on już u rodziny Zarembów.
Maciej Zaremba ratusz opuścił w maju 1968 roku, a jego mama, już po upadku komunizmu, w 1990 roku przekazała krzyż na rzecz Urzędu Miasta Nowego Sącza.
Agnieszka Małecka
Fot. z arch. M. Zaremby
Czytaj też:
,,Wyspa nieumarłych”. Niski poziom wody znów odsłonił cmentarz





































































































































































































