Jeszcze pół wieku temu, może i ćwierć wieku, sadownictwo sądeckie kojarzone było z Łąckiem. Ba, był czas, że Łącko za sprawą tej „co daje krzepę, krasi lica”, czyli śliwowicy, słynęło na całą Polskę. Na początku XX wieku stworzono nawet legendę o księdzu Janie Piaskowym, który miał rzekomo łąckim grzesznikom za pokutę kazać sadzić drzewa owocowe, głównie śliwy. Ale te czasy zwłaszcza po rewolucji w 1989 r. minęły. Łącku wyrosła poważna konkurencja – gmina Łososina Dolna. I to ją nieco na wyrost można nazwać prawdziwym sądeckim zagłębiem sadowniczym, jabłoniowym m.in. za sprawą rodziny Zelków z Białejwody. Są oni prawdziwymi potentatami przynajmniej w skali całej południowej Polski, którzy skutecznie konkurują ze znanymi sadowniczymi regionami w grójeckiem, czy sandomierskim.
Stanisław Zelek, dzisiaj 58-letni mężczyzna w sile wieku, odziedziczył po rodzicach 10-hektarowe gospodarstwo w Białejwodzie koło Tęgoborza w latach 80. Uprawiał głównie warzywa: kapustę, selery, pory, z przypadku doglądając małego sadu jabłoniowego. Kiedy stwierdził, że to warzywnictwo to nie dla niego, bo i ciężka robota i pieniądze niewielkie, zdecydował, że przyszłość są sady jabłoniowe. Przełomem w jego życiu stało się spotkanie z prof. Eberhardem Makoszem i studyjny z nim wyjazd do Holandii. Bynajmniej nie do Łącka, gdzie niczego nowego by się nie nauczył, ani do Zakładu Sadowniczego w Brzeznej, tylko właśnie do Holandii do nowocześnie uprawianych sadów. Był rok 1993.
Cały tekst przeczytasz w specjalnym wydaniu DTS – bezpłatnie pod linkiem:
Fot. Arch. Rodziny Zelków



































































































































































































