Jedna rodzina pszczela zabiera pracę dziesięciu lekarzom

Jedna rodzina pszczela zabiera pracę dziesięciu lekarzom

Rozmowa z pszczelarzem Janem Borzęckim

– Czym dla Pana jest pszczelarstwo?

– Zacznijmy od tego, że jest to tradycja rodzinna. Ojciec był pszczelarzem i dziadek też. Pszczelarstwo to przede wszystkim moja praca, ale i pasja. Kiedy robi się coś z przymusu, to efekty są marne. Natomiast jeśli żyjemy tym, kochamy tę pracę, wkładamy w to serce, to i efekty widać.

– Pasiekami zajmuje się cała Pana rodzina – żona, syn.

– Tak, jest to rodzinna pasja. Co prawda żona nie miała nigdy wcześniej do czynienia z pszczołami, ale tą moją pasją przesiąkła i pokochała to.

– Ile pasiek mają Państwo obecnie i gdzie się znajdują?

– Na Sądecczyźnie są trochę inne metody gospodarki. My tutaj nie wędrujemy, czyli nie rozwozimy pasiek po uprawach rolniczych. Mamy raczej pasieki stacjonarne. Są rozrzucone po terenie, choćby dlatego, że nie można trzymać w jednym miejscu dużej liczby uli. Jest to związane z ekonomią i z biologią rodziny pszczelej. W innych rejonach Polski działają tak zwane pasieki wędrowne i wozi się je z pożytku na pożytek, czyli od wiosny na przykład na rzepak, grykę, lipy. U nas tego miodu typowo wiosennego jest mało albo bardzo mało. Głównie zbieramy spadź iglastą, jodłową, która jest bardzo cenionym miodem. Mieszkam w Przysietnicy i tu mam dwie pasieki. Żona pochodzi z Maszkowic i tam też mamy dwie pasieki oraz jeszcze jedną w miejscowości Brzyna.

– Nie boi się Pan pszczół?

– Jestem tak uodporniony, że nawet i trzydzieści użądleń to dla mnie nic.

– Czyli pszczoły nie poznają „swojego” człowieka i go nie oszczędzają? (…)

Całą rozmowę a  także cenne informacje o dobroczynnych produktach pszczelich znajdziesz w specjalnym wydaniu DTS – dostępnym bezpłatnie pod linkiem:

Filmoteka dts24

217 Videos