Pośrodku krzaków, gdzie wszystko zdaje się kończyć, zaczyna się prawdziwa magia. Na pograniczu polsko-słowackim, w dolinie Popradu, „panoński” festiwal niczym z baśni znowu zwabił dusze spragnione dźwięków – folkowych, etnicznych, dźwięków świata – oraz wszelakich form animacji, akcji i kreacji. Wkradliśmy się cichcem w głośny muzyczny klimaks, by szeptem dzielić się opowieściami, które serca i umysły przenikają, czerpiąc inspiracje z tego festiwalowego królestwa. Podczas gdy redakcyjni towarzysze śmiało ruszyli w noc dużej sceny, gdzie najjaśniejsze gwiazdy rozświetlają nocne nieba, ja za dnia skryłem się w słońcu, aby zanurzyć się w fascynujący świat tej mniejszej, gdzie skupiło się równie wielkie piękno muzycznej strony tego święta.
Wczoraj scenę małą wypełniły dźwięki, które mogłyby zamknąć tę opowieść – nuty Pavlovitza i Phillipa Brackena wybrzmiały jak ostatni rozdział księgi. Ale na szczęście opowieść trwa dalej, bo dziś czekają nas KNEDLOVE i Eetoluz – zespoły, które już za chwilę przeniosą nas do nowego, choć nie wątpię, że równie czarownego wymiaru.

Ale wróćmy na moment do drugiego dnia, choć pierwszego dla małej sceny sygnowanej jakością Koncerty na dworze/polu, gdzie jako pierwszy pojawił się artysta pełen pasji, który niczym tkacz przędący nici baśniowej opowieści, wytworzył intymną atmosferę i zbudował ciepłą więź z publicznością. Phillip Bracken, artysta jak z magicznego lasu, zabrał nas na rubieże różnych muzycznych krain, gdzie indie folk, blues, soul i jazz splatają się w jedno, tworząc harmonijną, nieuchwytną całość. Dźwięki, nasycone głębokimi emocjami, płynęły jak zaklęty strumień przez czas i gęstwinę; raz łagodnie grzejąc ciepłym, chropowatym głosem, innym razem kojąc delikatnością minimalistycznych akordów. Bracken co rusz prowadził zebranych, jeśli nie przez pejzaże introspekcji, to przez pełne ognia nastroje i refleksje nad życiem, relacjami oraz tajemnicami natury. Jego muzyka, niczym nierzeczywisty płaszcz utkany z dźwięków, otulił mnie, pozostawiając żar, który jeszcze długo rozchodził się pod sercem.

Gdy po krótkiej przerwie bramy małej sceny otworzyły się po raz wtóry, wkroczyć na nią mógł tylko jeden człowiek – Pavlovitz, słowacki maestro dźwięków, którego wrażliwość poznałem niedawno w zakamarkach Spóźnionego Słowika. Czekałem na ten moment jak na pierwsze promienie słońca po mroźnej zimie – niby krótko, a jednak każda sekunda zdawała się trwać. Gdy wreszcie nadszedł, przyniósł więcej, niż mogłem sobie wyobrazić – był to muzyczny esej utkany z najgłębszych emocji, pisany przez życie pełne wzlotów, upadków i poruszających doświadczeń. Czy to był koncert? Litości… To była rześka bryza czterech pór roku: pąki, liście tańczące na wietrze, majestatyczne korony drzew, z których płynęły najczystsze soki dźwięków, barw i zapachów. Ale w tej opowieści kryło się także zanikanie – tajemnicze, ale piękne, pełne żalu, nieodwzajemnionej miłości, nostalgii, desperacji. Im bardziej pozwalaliśmy się wciągnąć w ten świat, tym bardziej poddawaliśmy się tej sile, która stopniowo nas pochłaniała, zostawiając jedynie echo wspomnień, jak po delikatnym dotknięciu snu.
Niezachwiany front, a dusza płacze… życie. Pavlovitz, dziękuje.
(ciąg dalszy nastąpi)
***
Partnerem Głównym Festiwalu jest Województwo Małopolskie.
Foto: Małgorzata Tomica (Tomikaart)



















































































































































































































































