PANNONICA 2024. Mała Scena: Bracken + Pavlovitz [RELACJA]

PANNONICA 2024. Mała Scena: Bracken + Pavlovitz [RELACJA]

Pośrodku krzaków, gdzie wszystko zdaje się kończyć, zaczyna się prawdziwa magia. Na pograniczu polsko-słowackim, w dolinie Popradu, „panoński” festiwal niczym z baśni znowu zwabił dusze spragnione dźwięków – folkowych, etnicznych, dźwięków świata – oraz wszelakich form animacji, akcji i kreacji. Wkradliśmy się cichcem w głośny muzyczny klimaks, by szeptem dzielić się opowieściami, które serca i umysły przenikają, czerpiąc inspiracje z tego festiwalowego królestwa. Podczas gdy redakcyjni towarzysze śmiało ruszyli w noc dużej sceny, gdzie najjaśniejsze gwiazdy rozświetlają nocne nieba, ja za dnia skryłem się w słońcu, aby zanurzyć się w fascynujący świat tej mniejszej, gdzie skupiło się równie wielkie piękno muzycznej strony tego święta.

Wczoraj scenę małą wypełniły dźwięki, które mogłyby zamknąć tę opowieść – nuty Pavlovitza i Phillipa Brackena wybrzmiały jak ostatni rozdział księgi. Ale na szczęście opowieść trwa dalej, bo dziś czekają nas KNEDLOVE i Eetoluz – zespoły, które już za chwilę przeniosą nas do nowego, choć nie wątpię, że równie czarownego wymiaru.

Phillip Bracken | Fot. Małgorzata Tomica (Tomikaart)

Ale wróćmy na moment do drugiego dnia, choć pierwszego dla małej sceny sygnowanej jakością Koncerty na dworze/polu, gdzie jako pierwszy pojawił się artysta pełen pasji, który niczym tkacz przędący nici baśniowej opowieści, wytworzył intymną atmosferę i zbudował ciepłą więź z publicznością. Phillip Bracken, artysta jak z magicznego lasu, zabrał nas na rubieże różnych muzycznych krain, gdzie indie folk, blues, soul i jazz splatają się w jedno, tworząc harmonijną, nieuchwytną całość. Dźwięki, nasycone głębokimi emocjami, płynęły jak zaklęty strumień przez czas i gęstwinę; raz łagodnie grzejąc ciepłym, chropowatym głosem, innym razem kojąc delikatnością minimalistycznych akordów. Bracken co rusz prowadził zebranych, jeśli nie przez pejzaże introspekcji, to przez pełne ognia nastroje i refleksje nad życiem, relacjami oraz tajemnicami natury. Jego muzyka, niczym nierzeczywisty płaszcz utkany z dźwięków, otulił mnie, pozostawiając żar, który jeszcze długo rozchodził się pod sercem.

Pavlovitz | Fot. Małgorzata Tomica (Tomikaart)

Gdy po krótkiej przerwie bramy małej sceny otworzyły się po raz wtóry, wkroczyć na nią mógł tylko jeden człowiek – Pavlovitz, słowacki maestro dźwięków, którego wrażliwość poznałem niedawno w zakamarkach Spóźnionego Słowika. Czekałem na ten moment jak na pierwsze promienie słońca po mroźnej zimie – niby krótko, a jednak każda sekunda zdawała się trwać. Gdy wreszcie nadszedł, przyniósł więcej, niż mogłem sobie wyobrazić – był to muzyczny esej utkany z najgłębszych emocji, pisany przez życie pełne wzlotów, upadków i poruszających doświadczeń. Czy to był koncert? Litości… To była rześka bryza czterech pór roku: pąki, liście tańczące na wietrze, majestatyczne korony drzew, z których płynęły najczystsze soki dźwięków, barw i zapachów. Ale w tej opowieści kryło się także zanikanie – tajemnicze, ale piękne, pełne żalu, nieodwzajemnionej miłości, nostalgii, desperacji. Im bardziej pozwalaliśmy się wciągnąć w ten świat, tym bardziej poddawaliśmy się tej sile, która stopniowo nas pochłaniała, zostawiając jedynie echo wspomnień, jak po delikatnym dotknięciu snu.

Niezachwiany front, a dusza płacze… życie. Pavlovitz, dziękuje.

(ciąg dalszy nastąpi)

***

Partnerem Głównym Festiwalu jest Województwo Małopolskie.

Foto: Małgorzata Tomica (Tomikaart)

Filmoteka dts24

194 Videos