Przyznaję się w pierwszym zdaniu. Miałem ten tekst napisać już w piątek, najdalej w sobotę. Nic w tym złego, dziennikarze na całym świecie piszą dwie wersje wypracowań, żeby tę właściwą mieć szybko gotową – A. wygrał, B. przegrał. Normalny wyścig zbrojeń, prawie jak wyścig kolarski. No więc miałem napisać w piątek tekst o Kasi Niewiadomej, jak to wygrała kobiecy Tour de France. Coś mnie jednak za ręce trzymało, żeby tak nie robić i nie było to tylko zwykłe lenistwo. Przesądny nie jestem, ale uznałem, że lepiej nie zapeszać? Ale teraz już wiadomo, że Katarzyna Niewiadoma wygrała Tour de France, no więc piszę.
A było to tak. Dobrych kilka (kilkanaście?) lat temu w niektóre niedziele grupą sądeckich kolarzy wyjeżdżaliśmy w stronę Ochotnicy Górnej na spotkanie tamtejszych cyklistów, by razem zrobić trening i przy okazji pogadać. No i tak jeździliśmy 120, 150 km, a na końcu naszej grupy, na nieco mniejszej tzw. kolarzówce jechała drobniutka dziewczynka. Śmiała się przy tym od ucha do ucha swoją nienaganną klawiaturą. To była córka jednego z najtwardszych ochotnickich kolarzy Staszka Niewiadomego. Staszek zawsze był kozak nad kozaki. Jak wszyscy jeźdźcy w Ochotnicy. Wiadomo, gór do podjeżdżania im nie brakowało, więc była moc w nodze. Jakby się mógł poświęcić tylko kolarstwu, to pewnie zrobiłby karierę w zawodowym peletonie. Ale Staszek jeżdżenie traktował jako hobby, na co dzień zarabiając na utrzymanie rodziny – jak każdy uczciwy góral – konkretnym fachem. Zarabiać na dekarstwie to jest konkret, ale zarabiać jeżdżeniem na rowerze?
Wracajmy jednak od tamtych niedzielnych treningów z ekipą Ochotnicy Górnej. Otóż Staszek zabierał w niedziele córkę Kasię na ciężką rowerową jazdę, bo uznał, że to lepsze dla dziewczyny w jej wieku niż np. siedzenie przed komputerem albo marnowanie czasu w jakiś inny babski sposób. Lekko nie było, wiem, co mówię, bo sok z człowieka szedł podczas tych treningów obfity. Co ciekawe, dziewczynka z Ochotnicy zamiast przeklinać swój los, płakać i grymasić, że musi jeździć takie dystanse za dorosłymi facetami, reagowała odwrotnie. Za każdym razem była uśmiechnięta, dawała z blata z taką lekkością, jakby się z tym urodziła, aż niektórym facetom mogło być wstyd (na przykład mnie), że im zaraz pójdzie w odjazd gdzieś na wysokości Łącka.
Ile razy ja pytałem Staszka Niewiadomego, czy aby ta rowerowa orka nie jest dla młodocianej Kasi za ciężka, tyle raz Staszek patrzył na mnie jakbym się z choinki urwał. Jak widać, wiedział, co robi, twardy góralski chów się sprawdził, choć na wygranie przez córkę Tour de France czy mistrzostwa świata na gravelu będzie musiał poczekać jeszcze kilkanaście lat. A Kaśce, już wtedy ślicznej jak anioł, oczy się śmiały do roweru. Ten pierwszy szosowy, czarny Lapierre, trochę mniejszy niż klasyczna szosówka, ojciec kupił jej od słynnej kolarskiej rodziny Ziemianków. Marcin Ziemianek, odrobinę starszy, przeszedł właśnie na większy rozmiar. Przypomniał mi o tym dzisiaj w południe Kazimierz Ziemianek, który z Niewiadomymi z niejednego bidonu pił gorzką kolarską herbatę.
Ale to, że jeździliśmy na rowerach z późniejszą mistrzynią świata i zwyciężczynią Tour de France, to nie wszystko. Według wszelkich znaków na niebie i ziemi oraz kolarskich kronik, Katarzyna Niewiadoma swój pierwszy wyścig wygrała w Nowym Sączu właśnie! A było to na jednym z kryteriów ulicznych o Puchar Prezydenta Miasta – tak to zapamiętałem. Scenariusz był podobny jak na treningu. Stanisław Papa Niewiadomy przyjeżdżał się do Sącza pościgać w swojej kategorii wiekowej, a Kaśkę zabierał ze sobą, bo co będzie całą niedzielę w domu siedzieć? I mała Kasia, czyli dzisiejsza Katarzyna Niewiadoma, najpotężniejsza kolarka świata, wygrała kryterium wśród kobiet. Dziewczyn na rowerach nie było wówczas wiele, ale przed oczami mam do dzisiaj protokół sędziowski, z którego wynika, że Kaśka dołożyła wtedy wielu facetom, którym wydawało się, że są wielkimi kolarzami.
Tym sposobem Nowy Sącz zapisał się w historii światowego kolarstwa, nawet jeśli Kasia Niewiadoma po przejechaniu tysięcy kolejnych wyścigów na całym świecie tamtego kryterium nie pamięta. Ale my pamiętamy i pękamy z dumy, że najdzielniejsza kolarka świata to dziewczyna, która pierwszy puchar za zwycięstwo podniosła do góry w Nowym Sączu.


























































































































































































































