Najsłynniejszy sądecki monarchista Adam Orzechowski wygłosił w Regionalnej Telewizji Kablowej tezę, która wielu może się nie podobać, a nawet lekko ich… zjeżyć. No, ale jakie nudne byłoby życie, gdyby czasami nie wygłaszano opinii, które innym się nie podobają. Otóż Orzechowski twierdzi, że gdyby miasto – cytuję z pamięci – „Zamiast wydawać rocznie na kopaczy 10 mln zł, przeznaczało te pieniądze na dofinansowanie innych dyscyplin sportu, to Nowy Sącz miałby na każdych igrzyskach cztery Klaudie Zwolińskie”.
No i co teraz? Pewności nie mam, czy każda złotówka zainwestowana w wychowanie młodego sportowca da się w prosty sposób przełożyć na olimpijskie złoto (srebro, brąz* – niepotrzebne skreślić), ale im dalej w paryskie igrzyska, tym głośniej słychać, że pieniądze wydane na lokalną drużynę piłkarską są tymi najgorzej zainwestowanymi. Przez trzy ostatnie lata, czyli od pandemicznej olimpiady w Tokio, niewiele osób na co dzień interesowało się losami Klaudii Zwolińskiej, wszyscy natomiast dyskutowali o Sandecji. Może się to wydawać dziwne, bo przecież forma kajakarki i piłkarzy zmierzała na przeciwległe bieguny. W tym czasie Zwolińska nie narzucając się kibicom zajętych futbolem, harowała jak wół, o czym zresztą szczegółowo opowiedziała w specjalnym wydaniu DTS.
Ba, na ubiegłorocznej gali Plebiscytu na Najpopularniejszego Sportowca Sądecczyzny zajęła dopiero siódme miejsce. Co ciekawe głównie za zawodnikami, których nazwiska w większości kompletnie nic nikomu nie mówią. Ale i to nie wszystko. Na tej samej gali Klaudia Zwolińska siedziała przy najdalszym stoliku, na krześle najbliżej drzwi, na samym końcu sali, jakby zapowiadając realizację ewangelicznej zasady, że ostatni będę pierwszymi. Wiem, że tak było, bo siedziałem przy tym samym ostatnim stoliku. Ale ja zasłużenie, dla mnie to było idealne miejsce, bo przecież mnie nikt nie mógł podejrzewać, że przywiozę medal z jakiejkolwiek olimpiady albo chociaż powiatowych zawodów.
Tymczasem od kilku dni wszyscy w Nowym Sączu opowiadają, że albo chodzili z Klaudią Zwolińską do szkoły, przedszkola, albo przynajmniej są jej najbliższymi sąsiadami, nawet jeśli sąsiedztwo liczyć 25 kilometrów od wycieraczki pod drzwiami srebrnej medalistki. Trochę to zabawne, ale jednak bardzo miłe, że wszyscy czujemy się Zwolińskimi (choć nie musieliśmy ciężko trenować), jesteśmy dumni z Klaudii, która dała nam mnóstwo radości i podkreślamy swój wkład w zdobycie medalu w Paryżu, choćby tylko przez to, że rok temu siedzieliśmy z nią przy jednym stoliku i nalewaliśmy jej mineralnej. Marketingowo to brzmi świetnie: podałem szklankę wody przyszłej wicemistrzyni olimpijskiej, kiedy była spragniona.
No i pięknie. Niebawem czeka nas wielka feta powitania w Nowym Sączu najsłynniejszej w ostatnich latach obywatelki miasta. Zapowiada się dobra zabawa. Fajnie, bo i Klaudia Zwolińska, i jej kibice zasłużyli na chwilę szaleństwa. A kiedy zgasną światła po fieście, przyjdzie czas zastanawiania się, czy Adam Orzechowski miał rację mówiąc: „Gdyby zamiast wydawać rocznie na kopaczy 10 mln zł, miasto przeznaczało te pieniądze na dofinansowanie innych dyscyplin sportu, to Nowy Sącz miałby na każdych igrzyskach cztery Klaudie Zwolińskie”.
Zapowiada się ciekawa debata, bo już słychać głosy tych, którzy Orzechowskiemu przypominają, że poprzednie srebrne medale olimpijskie przywieźli do Nowego Sącza właśnie piłkarze – Piotr Świerczewski i Aleksander Kłak. Co prawda było to ponad 30 lat temu w Barcelonie, ale to tylko potwierdza słuszność powiedzenia, że każdy medal ma swoją drugą stronę. Nawet ten olimpijski.



































































































































































































