Użądlenie osy czy szerszenia może być dla niektórych osób śmiertelnie niebezpieczne, a dla innych skończy się bólem i opuchlizną. Tak czy inaczej, nie jest to nic przyjemnego i nikt nie chce mieć takich owadzich lokatorów w pobliżu swojego domu. Strażacy Państwowej i Ochotniczej Straży Pożarnej z Sądecczyzny w ostatnim czasie niemal codziennie interweniują w związku ze zgłoszeniami dotyczącymi tak zwanych owadów błonkoskrzydłych. Warto jednak wiedzieć, że w niewielu przypadkach zajmą się usunięciem niechcianego gniazda.
Od 1 do 24 lipca sądeccy strażacy wyjeżdżali 34 razy do „rozpoznania zagrożenia od owadów błonkoskrzydłych”. Przykładowo, w ciągu służby z 24 na 25 lipca funkcjonariusze Państwowej Straży Pożarnej zanotowali w całej Sądecczyźnie siedem takich interwencji. Podejmowano je w miejscowościach: Siołkowa, Biała Niżna, Łącko, a także na ul. Św. Włodzimierza w Krynicy-Zdroju, ul. Banie w Piwnicznej-Zdroju, ul. Jodłowej w Nowym Sączu i ul. Kamiennej w Barcicach.
Trzeba jednak mieć świadomość, że od kilkunastu lat usuwanie gniazd os czy szerszeni nie jest już rolą strażaków. Robią to tylko, kiedy występuje realne zagrożenie dla ludzkiego zdrowia czy życia.
– Oczywiście można do nas zadzwonić i my mamy obowiązek jechać na rozpoznanie. Ale jeśli nie będą spełnione warunki, między innymi takie jak obecność osób starszych o ograniczonej możliwości poruszania się, czy też grup dzieci, to nie usuwamy owadów. Co najwyżej znakujemy miejsce i wydajemy zalecenie, aby usunąć je we własnym zakresie, na przykład poprzez prywatne firmy funkcjonujące na rynku – informuje Komendant Miejski PSP w Nowym Sączu st. bryg. Paweł Motyka.
Strażacy informują o tym już podczas przyjmowania zgłoszenia. Warto więc przeanalizować sytuację, by bez potrzeby nie wzywać służb.
– Tych owadów w tym roku jest dużo. Ważne, żeby się do nich nie zbliżać, nie drażnić, nie podchodzić bez zabezpieczenia. Takie użądlenie, szczególnie w okolicach głowy, a przy uczuleniu w każde miejsce ciała może być bardzo niebezpieczne, a nawet śmiertelne – zaznacza komendant Motyka.
W 2009 roku przedstawiciele Komendy Głównej Państwowej Straży Pożarnej opracowali „Zasady postępowania podczas interwencji prowadzonych w związku ze zgłoszeniem wystąpienia zagrożeń od rojów lub gniazd owadów błonkoskrzydłych”. Wcześniej strażacy wyjeżdżali do wszystkich zgłoszeń dotyczących np. os, pszczół czy szerszeni. Dla przykładu, od czerwca do września 2008 roku w całej Polsce odnotowano około 70 tysięcy zdarzeń związanych z usuwaniem owadów lub ich gniazd. Było to 30% wszystkich interwencji podejmowanych przez jednostki ochrony przeciwpożarowej w tym okresie.
– Podczas tych interwencji zaangażowanych było ok. 290 tys. strażaków PSP i OSP z KSRG, dysponujących 75 tys. pojazdów. Liczby te pokazują, że zaangażowanie w usuwanie rojów lub gniazd owadów błonkoskrzydłych może stanowić poważne osłabienie sił KSRG i co należy podkreślić, dotyczy ono okresu letniego, charakteryzującego się wzmożoną liczbą interwencji – argumentowali strażacy.
Jak zaznacza st. bryg. Paweł Motyka, osy czy szerszenie nie robią gniazda z dnia na dzień. Ten proces trwa trochę dłużej. Trzeba więc obserwować sytuację i w razie potrzeby reagować z wyprzedzeniem.
fot. Ochotnicza Straż Pożarna w Piwnicznej-Zdrój, OSP KSRG Gołkowice Górne, OSP Lipnica Wielka, Pixabay
Czytaj też: Dramat przy ulicy Rokitiańczyków w Nowym Sączu. Na pomoc było za późno









































































































































































































