Magia i strata.
Scena powoli przełykała światło. Półmrok rysował kontur instrumentów, które czekały na swoich właścicieli. Publiczność nie szukała już miejsc, nie musiała; nie szukałem i ja. Gdzieś w tle trzasnęły drzwi, ktoś poprawił oparcie. Cisza, choć niepełna, zaczęła obejmować salę, tłumiąc szelesty i oddechy. Moment, kiedy wszelkie oczekiwania gasną, a zapowiadane staje się już historią – nieodwracalne.
Pierwsze dźwięki fortepianu rozlały się jak płynne złoto. Ciepłe i lśniące – otuliły widownię niczym skropiony zapachem bliskiej osoby szal. Zaciągałem się tym powietrzem, gdy bas budził już nieme porozumienie, wibrując niskimi tonami, które zdawały się sięgać samego jądra. W tle cichy, tykający, lecz intensywny rytm perkusji wyznaczał puls – delikatny, lecz pewny – niczym oddech w półśnie. Wsteczne odliczanie rozpoczęte – od końca do początku i z powrotem.

I tu zaczęła się moja kolejna podróż – na granicy wspomnień i obecności, dotykająca serca, unosząca włos, zdmuchująca z dawnych opowieści kurz płonnych nadziei i wielkich rozczarowań. Zamknąłem oczy, a w dźwiękach, które kołysały się wokół mnie, odnalazłem historie, które uważałem za dawno już przepadłe. Jeśli w każdej chwili jest trochę magii i trochę straty, które równoważą bilans, to muzyka jest tego przewodnikiem, który prowadzi i przypomina, że każda podróż i każdy trud mają w sobie sens, jeśli tylko potrafimy go dostrzec. Tym razem nie było inaczej. Spojrzałem na starszego mężczyznę siedzącego w jednym z pierwszych rzędów. Wpatrywał się w scenę jak zahipnotyzowany, nerwowo zaciskając dłonie na oparciu fotela. W jego zawieszonej sylwetce widziałem odbicie czegoś więcej niż muzyki – jakby zespół wygrywał dla niego nie tylko melodie, ale i echa życia. Czułem, że przechodzi przez własne ognie, przez swoje porażki i zwycięstwa, radości i smutki.
Nagle scena eksplodowała głosem – wokalem, który wyrwał mnie z otchłani głębszej niż noc. Ostatnie uderzenia – fortepianu, basu, bębnów – zawisły w powietrzu, jakby zamarłe w szoku po uderzeniu niewidzialnej fali. Drżały przez ułamek sekundy, po czym rozpadły się w nicość, jak iskry gaszone w próżni. Mrok sali zaczął się cofać, lecz powoli, niepewnie, jakby wątpił, czy świat jeszcze jest.

Wstałem – cicho i w obawie, by nie naruszyć wspomnienia tej chwili. Starszy mężczyzna nadal wpatrywał się w scenę, z dłonią zaciśniętą na oparciu fotela, jakby wciąż słyszał coś, co dla innych już przepadło. Przez moment wahałem się, czy nie pozostawić go samego z tym, co właśnie przeżył, ale coś w jego wyrazie kazało mi podejść i zapytać: „Zauważyłem, że przechodząc przez te dźwięki, przeszedł pan przez coś więcej niż muzykę”. Drgnął lekko, jakby moje słowa dotknęły czegoś ukrytego: „Tak, ten wieczór przypomniał mi, że życie, z całym swoim bagażem intensywności, wciąż niesie piękno – w każdej chwili, każdej stracie, każdym ogniu i każdej spopielonej cząstce nas samych”.
Scena powoli przełykała światło. Półmrok rysował kontur instrumentów, które wciąż czekały na swoich właścicieli. Publiczność nie szukała już miejsc, nie musiała; nie szukałem i ja. Gdzieś w tle trzasnęły drzwi, ktoś poprawił oparcie. Cisza, choć niepełna, zaczęła obejmować salę, tłumiąc szelesty i oddechy. Moment, kiedy wszelkie oczekiwania gasną, a zapowiadane staje się już historią – nieodwracalne.
Fot. Małgorzata Tomica (Tomikaart)






















































































































































































































































