Carte blanche.
Ironia losu. Koncert, na który czekał najbardziej, miał rozegrać się wyłącznie w jego głowie. Choroba zamknęła go w czterech ścianach, otoczyła ciszą tak intensywną, że wydawała się niemal dotykalna. Carte blanche. Ale cisza jest dobra. Cisza ma to do siebie, że nie potrzebuje wiele, by zacząć się zapełniać – łapać rytm, tempo, to pradawne napięcie, które czeka tylko na moment, by pęknąć i rozlać się na papierze.
Trzeci dzień tkwił pod ziemią. Ciemne zasłony przysłaniały jutro, które miało toczyć się dalej, ale już bez jego udziału. Nigdy wcześniej tego nie doświadczył: odpadł ze stawki, na ostatniej prostej. W bezwonności zleżałej herbaty, bezsmaku ciszy, w bladości ścian widział cień samego siebie. Niemego sobowtóra, przyłapanego na wsłuchiwaniu się w muzykę, której nie było. A jednak już rozbrzmiewała – gdzieś głęboko, w środku, niczym cicha rozmowa z samym sobą. Może właśnie to jest prawdziwa ironia: jazz nie potrzebuje obecności. W zasadzie to nigdy jej nie potrzebował, gdyż zawsze potrafił odnaleźć się w samotności odbiorcy.

Wstawał. Kładł się. Zmieniał kolejny podkoszulek. Wyobrażał sobie moment, w którym muzyka wypełnia salę, splatając się z oddechem publiczności, by następnie wrócić na scenę w nieskończonym obiegu piękna. Widział klincz młodości i humoru, splot energii i finezji, wolny od ciężaru tradycji i największych. Słyszał ten wieczór jak kroplę, która drąży skałę. Kamień, który zanim opadnie na dno, zdąży stworzyć fale rozchodzące się w nieskończoność – lub przynajmniej do kolejnej edycji.
Trupie ściany pokoju nagle zaczęły odżywać. Zaczęły wydawać się płótnem. Płótnem gotowym przyjąć każdą melodię, każdą barwę. W wyobraźni widział Prokopowicza pochylonego nad puzonem, a dźwięki jak pytania stawiane światu. Skoneczny na wibrafonie odmierzał czas – czas, który w tym momencie płynął inaczej, zmieniając prostą linię w krętą ścieżkę. Kałuża prowadził rytm, nadawał kierunek, a jednocześnie zostawiał miejsce na improwizację, na coś najpiękniejszego, co może wydarzyć się wyłącznie po drodze. A za nimi Botor – szybki i zmotywowany, a do tego sumienny niczym mnich.

Czuł, że mimo dzielącej ich przestrzeni, był tam, z nimi. Cisza, która początkowo wydawała się wrogiem, białą flagą, symbolem rezygnacji, teraz stała się jego sprzymierzeńcem. Bo cisza jest dobra. Cisza ma to do siebie, że nie potrzebuje wiele, by zacząć się zapełniać – łapać rytm, tempo, to pradawne napięcie, które czeka tylko na moment, by pęknąć i rozlać się na papierze. Carte blanche.









































































































































































































































