W tym roku DTS obchodzi swoje 15. urodziny. Z tej okazji przypominamy pod rocznicową winietą wybrane archiwalne teksty. Dobrej lektury!
Uroczyste spotkanie z okazji zakończenia prac modernizacyjnych NZOZ Antidotum przekształciło się w opowieść o historii prywatyzacji sądeckiej służby zdrowia. – Tak jak kiedyś nie wyobrażaliśmy sobie, że musimy się sprywatyzować, tak dzisiaj nie wyobrażamy sobie pracy „na państwowym” – mówiła prezes spółki Grażyna Kazana-Węglowska.
Chyba nie wyobraża sobie tego również kilka tysięcy pacjentów korzystających z przychodni przy ul. Broniewskiego. Nie tylko lekarze i personel medyczny nie chcieliby odbywać podróży w czasie i cofać się do sytuacji sprzed dziesięciu lat. Pacjenci nie zauważyli nawet, kiedy przestali ich przyjmować lekarze państwowej, a zaczęli sprywatyzowanej przychodni. Różnicę odczuwają jedynie w standardzie usług i warunkach w jakich są obsługiwani. To co kiedyś popularnie nazywano ośrodkiem zdrowia dziś przypomina galerię sztuki nowoczesnej.
– Pamiętam nasze pierwsze spotkanie z władzami miasta, na którym wiceprezydent Piotr Pawnik powiedział, że jeśli się teraz nie zmobilizujemy, to za kilka miesięcy nie będziemy mieli gdzie pracować – wspominała prezes Grażyna Kazana-Węglowska.
– To nie było tak – replikował ówczesny wiceprezydent Piotr Pawnik. – Pamiętam, że powiedziałem wam wtedy żebyście sobie wyobrazili, że stoicie na peronie i chcecie wsiąść do pociągu, w którym są przedziały I, II i II klasy. Jeśli się jednak spóźnicie, to przypadnie wam miejsce stojące na korytarzu, w tłoku obok ubikacji. Już wtedy było jasne, że tylko najlepsi utrzymają się na powierzchni. Dziś macie pewność, że warto było wówczas ponosić różne koszty, również te osobiste.
Łatwo faktycznie nie było, bo pomysł sprywatyzowania czterech miejskich przychodni lekarskich wywołał ogromne emocje. W radzie miasta stał się powodem głośnych sporów i polemik. Radni krytykowali ówczesne władze, że skazują publiczne ZOZ-y na zagładę, a pacjentów na niepewny los.
– Podejrzewano mnie wtedy i zarzucano, że we wszystkich tych spółkach mam udziały – śmiał się kilka dni temu Pawnik. Jednak w 2000 r. zabawnie nie było, bo pełne obaw były i władze miasta, i zespoły prywatyzowanych placówek. – Dziś możemy to chyba powiedzieć głośno, ale dziesięć lat temu wszyscy się baliśmy – podsumował Pawnik.
Byłemu wiceprezydentowi wtórował Ryszard Patyk, w tamtym okresie szefujący nieistniejącej już kasie chorych, dziś dyrektor właśnie sprywatyzowanej Przychodni Kolejowej. Ta placówka nie podlegała władzom miasta, a marszałkowi województwa, ale również i tym przekształceniom towarzyszyły obawy.
– Dziękuję, że daliście kilka lat temu dobry przykład, że warto podjąć trud i ryzyko, dzięki temu innym łatwiej dziś przychodzą takie decyzje – dziękował Patyk zespołowi Antidotum.
Pod gratulacjami podpisał się też dyrektor Wydziału Zdrowia Urzędu Miasta Grzegorz Chochla: – Jesteście wizytówką sądeckiej służby zdrowia!
Zanim jednak tak się stało Antidotum na pewien czas zeszło do podziemia. Dosłownie, bowiem modernizowany budynek został niemal doszczętnie rozebrany przez ekipy budowlańców Ignacego Cempy. Pacjentów przyjmowano wówczas w piwnicy, a lekarze nierzadko musieli prosić robotników, by na chwilę wyłączyli wiertarki, bo nie mogą osłuchać pacjenta. Zespół Antidotum był pełen uznania dla własnych pacjentów, że tak dzielnie znosili ciągnące się latami niedogodności lokalowe. Z tamtego zrujnowanego budynku zostały zresztą tylko zewnętrzne ściany, a kredyty zaciągnięte wówczas na przebudowę spółka spłaca do dziś.
O tym, jak trudny był proces prywatyzacji i remontu świadczyło ostatnie zdanie wystąpienia doktor Kazany-Węglowskiej: – Dziękuję również mojemu mężowi, że w tym bardzo trudnym czasie nie złożył pozwu o rozwód.
(mol)


































































































































































































