Tej historii nie opowiadałam jeszcze nikomu… A zdarzyła się (a jakże!) na dyżurze reporterskim, który trwał niemal 11 lat i były dzielony między kilka redakcji. Szacowne miejsce w tym gronie zajmuje „Dobry Tygodnik Sądecki” oraz jego internetowe alter ego - dts24.pl.

wsb3

To było jedno z tych wydarzeń,  podczas których przygotowanie materiału dziennikarskiego wymaga poświęceń, np. wdrapywania się na wysokość ok. tysiąca metrów nad poziomem morza. Niby do Rysów jeszcze daleko, ale wiele zależy przecież od miejsca rozpoczęcia akcji górskiej, aklimatyzacji czy okna pogodowego. Za lat świetności żwawe marsze w górskiej scenerii to była pestka, ale czasem brakowało właściwej takim wędrówkom orientacji w terenie. Wybrany szlak, mający mnie zaprowadzić w samo centrum imprezy masowej (środek lata, lampa, 35 stopni, zaduch nawet w cieniu) był zarośniętą ścieżką wśród drzew. Pozwoliłam sobie z niej zboczyć, gdyż kierunek oznaczony na niewielkiej mapce turystycznej jakoś mi się nie zgadzał z sytuacją zastaną. Zbaczanie tylko skomplikowało sprawę. Przypadkowo napotkany nastolatek zapytany o górę Błyszcz, litościwie powstrzymał się od pukania po głowie, używając swej dłoni do bardziej praktycznych celów. Wskazał mi kierunek zgoła przeciwny niż ten, w którym zmierzałam. W swym mniemaniu kroczyłam już właściwą ścieżką, tracąc przy tym sporo reporterskiej mocy (aparat i sprzęt nagrywający ciążyły, mineralna się kończyła). Czas mijał, a ja się nie zbliżałam do celu, wokół mnie wciąż było pusto. I teraz uwaga: drodzy posiadacze najnowocześniejszych sprzętów nawigacyjnych, czcigodni ogarniacze iPhonowo-smartfonowej rzeczywistości GPS-owej. Nie marszczcie czoła, nie cmoktajcie z niezadowoleniem, nie róbcie zdegustowanej miny. W lasach Beskidu Sądeckiego niełatwo o zasięg, a nierzadko osławiony GPS niejednego sprowadził na manowce. Wątpiąc w ludzkość i światowe osiągnięcia techniki, usiadłam na potężnym kamieniu obok ścieżki i dumałam nad zwodniczym losem, który sprawi, że do przygotowania zleconego materiału  najprawdopodobniej nie dojdzie.  Wtem jakiś ptak zerwał się z pobliskich krzaków, a zrobił to tak nagle, że o mało nie spadłam z kamienia. I dalej nic się nie działo. Ruszyłam więc z rezygnacją przed siebie, zauważając po chwili, że idzie przede mną jakiś facet. Miał kraciastą koszulę, ciemne spodnie i sfatygowane buty, a na głowie kapelusz wędkarski. Wyglądał znajomo, ale (...)

To tylko fragment tekstu. Całość przeczytasz w numerze. Pobierz specjalne wydanie "Dobrego Tygodnika Sądeckiego" - kliknij, pobierz, przeczytaj!

 

MEDICOR

Zapisz się na Newsletter

i otrzymuj na bieżąco informacje o najnowszych wydarzeniach

Zapisując się na newsletter oświadczam, że zapoznałem się z informacją nt. przetwarzania danych znajdującą się w oraz , dostępnymi na stronie internetowej.