Jesienny Festiwal Teatralny: Po co są matki? Rozmowy, których wcześniej nie było

Zgorzkniała wdowa i przedsiębiorcza córka wyjeżdżają na wspólny urlop. Odbęda jednak znaczne dalszą podróż niż początkowo założyły. Sztukę pióra Hindi Brooks wziął na warsztat reżyser Robert Gliński. Na scenę zaprosił: Joannę Żółkowską i Paulinę Holtz, aktorki Teatru Polonia, prywatnie matkę i córkę. 

To sztuka o miłości i o tym, jak trudno jest być blisko. Matka i córka wyjeżdżają na wspólny urlop. Początkowo pierwsza zrzędzi, co druga ironicznie kwituje. Kolejne minuty plażowania wypełniają zabawne dialogi o istocie małżeństwa. Matka marzy, by jak najszybciej wydać córkę za mąż Ta, ku rozpaczy i niedowierzaniu matki, właśnie zakończyła swój kolejny związek. „Nie spędzę reszty życia z facetem, który szuka wyłącznie głupiej dupy. Mamo, wiesz czego chce facet, który szuka głupiej dupy? Matka: „Chce jej dać zabezpieczenie i futro” „A co z miłością i szacunkiem?-ciągnie pierwsza. Matka: „Futro przetrwa dłużej”!

Od zabawnych dialogów zaczyna się poruszająca rozmowa o rodzinnych sekretach, potrzebach i zawiedzionych oczekiwaniach. O tym, co przez lata niewypowiedziane.”Gdybym miała syna łatwiej byłoby mi go uderzyć, gdyby był niegrzeczny. Z córką jest inaczej. Czułam się winna. Czułam, jakbym biła część siebie” – mówi na początku matka do córki. „Jestem sobą, a nie częścią ciebie!”-wykrzyczy na koniec córka.

Pomiędzy tymi zdaniami padnie jeszcze tysiące ważnych, nieoczekiwanych wyznań. Córka nie staje się opiekunką domowego ogniska, nie rodzi „dwójki ślicznych dzieci” i nie wychodzi bogato za mąż. Scenariusze, które wymyśliła sobie matka nie sprawdziły się. Okazuje się, że i matka nie jest dokładnie taka, jak myślała córka. Ma swoje mroki, grzeszki i tajemnice. Gdy pęka budowana przez lata fasada matka i córka stają się sobie bliższe niż kiedykolwiek wcześniej. Po powrocie z plaży nic już nie będzie, jak dawniej.

Architekt reżyserem

Spektakl „Po co są matki?” zamknął dziewiąty wieczór Jesiennego Festiwalu Teatralnego. Gdy zapadła kurtyna i umilkły brawa z widzami spotkał się Robert Gliński. Reżyser, autor m.in. głośnego filmu „Cześć Tereska”, były rektor Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej i Filmowej w Łodzi. I co warto dodać dyrektor artystyczny festiwalu Nowe Kino-Nowy Sącz.

– Proszę opowiedzieć, jak to się stało, że architektowi wpadło do głowy, by zostać reżyserem? – pytał Janusz Michalik, kierownik artystyczny Miejskiego Ośrodka Kultury. – Z architekturą jest tak, że trzeba cały czas siedzieć przy stole – teraz przy komputerze, ale w sumie na jedno wychodzi – i to bardzo mnie męczyło -odpowiedział. Już po ukończeniu reżyserii zdarzyło się Glińskiemu pracować „przy stole”. W Nowym Yorku, gdzie po zakończonym wyjeździe stypendialnym, zaplanował zostać na dłużej i rozpoczął poszukiwanie pracy.

 – Normalnie to się idzie to baru i myje szklanki, a ponieważ miałem zawód poszedłem do biura architektonicznego. Chcieli nawet bym został na stałe, ale uciekłem, chociaż w Ameryce -przyznam – trochę fajniej się przy tym stole siedzi. Gra muzyczka, szef jest miły, zaprasza na obiad. Ale dałem nogę, bo to mi kompletnie nie odpowiadało. Być może przez tę opowieść uciekam od istoty pytania zadanego na początku: dlaczego zostałem reżyserem?  Znam pewnego reżysera, który jak go pytają odpowiada: bo lubię popcorn, a w kinie się je popcorn- opowiadał Gliński. – A tak zupełnie na poważnie praca nad filmem to tajemnica. Nigdy nie wiadomo, co wyjdzie w finale. I to najbardziej fascynuje – dodał. Architektura jednak przydała się w karierze reżyserskiej, bo oba zawody mają w sobie element kreowania. W jednym i drugim, jak podkreślał, komponuje się przestrzeń.

Robert Gliński opowiadał wczoraj, że od początku interesowała go praca zarówno w teatrze, jak i w filmie. To odmienne żywioły. – Film jest tajemnicą i jazdą w nieznane, jest też dosyć obciążajacy fizycznie, bo pracuje się po 16 godzin, zasuwa się do świtu do nocy. Trzeba miec mnóstwo energii, reżyser musi być aktywny. Jak usiądzie to cały plan oklapnie, a na planie jest od pięćdziesięciu do stu osób. A teatr to jest spokój, to kilkugodzinne próby w ciągu dnia. To pewien luksus – opowiadał. Niemal od początku Gliński zwiazany był z Teatrem Telewizji. –  Zacząłem od przedstawień dla dzieci. Po studiach chodziłem po telewizji, bo chciałem się gdzieś zaczepić. A to nie jest tak łatwo, waliłem głową w różne drzwi. I nic. Pewnego dnia spotkał mnie znajomy Maciek Wojtyszko wziął mnie do redakcji teatru dziecięcego i mówi „to jest młody, zdolny reżyser dajce mu coś”. I wyciągneli bardzo dobry tekst Alexandara Milnego, autora słynnego Kubusia Puchatka, Zebrałem dobra obsadę. Zagrała: Anna Seniuk, Krzysztof Kowalewski, Ewa Błaszczyk. Zrobiłem to przedstawienie i wszyscy byli zachwyceni- wspominał Robert Gliński.

Reżyser opowiadał uczestnikom „Rozmów Kamerlanych”o zabawnych perypetiach podczas pacy nad ostatnim spektaklem, który przygotowywał dla Teatru Telewizji. „Biesiada u Habiny Kotłubaj” Gombrowicza. Pracował z grupą uznanych, acz wiekowych już aktorów. Jeden z seniorów nie mógł zapamiętać tekstu i odwracał głowę, by czytać z planszy. Zaś pani Barbara Kraftówna nie zawsze dobrze rozumiała się z reżyserem. – Pani Basia Kraftówna niezwykle urocza, ale to już staruszeczka. Mówię na przykład: „Pani Basiu, Pani idzie tędy tam stoi przy oknie hrabina”, a ona na to: „jaka drabina?”- przytaczał Gliński. Wspominał również pracę na planie filmu „Cześć Tereska”, to wielokrotnie nagradzana historia dojrzewania dziewczynki na polskim blokowisku. Główna bohaterka trafiła na plan filmowy prosto z poprawczaka. – Zbyszek Zamachowski wystraszył się, że będzie lepsza od niego. Zauważył, że ona jest w stu procentach sobą. I on musi grać, a ona nie – żartował reżyser.

Edyta Mikołajewicz

fot. Andrzej Rams

PARK

Wypowiedz się w tej sprawie