O człowieku, który górę przenosił

Most miał przybliżyć Jana Stacha do wsi. Zaprowadził go do historii. Jacek Turek napisał o nim książkę. Stach był rolnikiem, ale został budowlańcem wznosząc samotnie kamienny most. Turek jest budowlańcem, ale został literatem, opisując niezwykłe dzieło swojego sąsiada. Jan Stach dźwigający ciężkie kamienie wydawał się ludziom mitycznym Syzyfem, a okazał się człowiekiem ewangelicznej wiary, która – dosłownie – góry przenosi.

Dokonania Jana Stacha były głośne na początku lat 70. ubiegłego wieku, kiedy własnoręcznie budował kamienny most. Jak przekonuje Jacek Turek w swojej książce - największy most na świecie wzniesiony przez jednego człowieka. Wysoki na 13 metrów, 20 metrów długi i ponad 7 metrów szeroki.

Ponad 40 lat temu powstał nawet film dokumentalny Jerzego Jaraczewskiego „Most Jana Stacha”, opowiadający o nadludzkim wysiłku chłopa spod Nowego Sącza. Na mocno już wytartej celuloidowej czarno-białej kliszy widać dźwigającego wielkie kamienie szczupłego mężczyznę. Kamienne bloki taszczy na rolkach własnej roboty, albo na zbitych z desek platformach ciągniętych przez krowy. Stach wygląda na tym filmie jak samotny budowniczy egipskich piramid. Ciosa młotkiem kamień i przenosi z miejsca na miejsce. W kadrze filmu przewija się jeden człowiek, dzień i noc samotnie wznoszący wielką budowlę.

Najpierw, jeszcze w latach 40. XX wieku, kiedy powstawało Jezioro Rożnowskie pozalewano kilka dawnych dróg w okolicy Znamirowic. W 1968 r. sąsiad Jana Stacha zaorał miedzę likwidując jedyny przejazd, jaki ten miał do głównej drogi. W krytycznym momencie żona sąsiada miała się położyć przed furmanką Stacha wiozącego pomidory na targ. Więcej tą drogą nie pojechał. Warzywa i owoce na sprzedaż przewoził mu łódką przez jezioro życzliwy człowiek.

- Chłop się nie wadził z sąsiadem – wspominają w filmie znajomi Stacha. – Zawziął się. Dzień i noc przez trzy lata budował most, żeby się dostać na świat. Gdyby to padło na innego, to by się zaczaił w krzakach z kołkiem, albo do sądu poszedł. Ale nie Stach. On budował zima, lato, choć ludzie się z niego śmiali, że prędzej zdechnie, niż most wybuduje. Czasami wyglądał bardziej jak zwierz niż człowiek, cały oblepiony cementem i błotem.

To relacje świadków wydarzeń sprzed ponad 40 lat.

Ale Jan Stach jednak most wybudował. Skończył w 1971 r. Stoi do dziś, służąc m.in. wczasowiczom dojeżdżającym do swoich letnich domków nad jeziorem. A podobno nie dało się nic wybudować w tym jarze nad potokiem głębokim na 25 metrów. Rada Gromadzka z Łososiny Dolnej wysłała tu nawet inżynierów, którzy spojrzeli w przepaść i uznali, że w tym miejscu, żadna budowla powstać nie ma szans. Ale powstała i ma się całkiem nieźle. Mostu nie nadwyrężyła nawet powódź w 1999 r., kiedy wezbrana woda wypełniła niemal całe, wysokie na trzy metry kolebkowe sklepienie pod mostem. Stach nie miał w budowlance żadnego doświadczenia, ale jego most wytrzymał.

Jacek Turek na co dzień pracuje w sądeckiej firmie Fakro, na Wydziale Blacharni. Nie miał żadnego doświadczenia w pisaniu, ale uznał, że w wolnych chwilach, opisze – jak zawarł w tytule - historię prawdziwą Jana Stacha. Dlaczego?

- Chciałem pokazać ludziom, że upór, samozaparcie i ciężka praca zawsze prowadzą do celu i przynoszą efekty – przekonuje Jacek Turek. - No i jeszcze miłość, bo żona wspierała go miłością. A jak jest wsparcie drugiej osoby, to cuda można zdziałać.

A upór w Janie Stachu musiał być nieludzki, skoro nawet w grudniu po dwóch świątecznych dniach, wstał o wpół do trzeciej w nocy, by w świetle latarki przywiązanej do drzewa rozkuwać młotem skałę. Wcześniej jednak musiał sobie to miejsce odśnieżyć, a śniegu tej zimy napadało, bagatela – 70 cm. Kilka linijek dalej pisze Turek, że Stach w zasadzie nigdy nie przerywał swojej pracy: „Dla Jana jest to zwykły dzień pracy. Jak większość sąsiadów, przywitał Nowy Rok na dworze. Tyle tylko, że sąsiedzi trzymali w ręce szampana, a Jan trzymał młot”.

Jacek Turek przekonuje w swojej książce, że Jan Stach był postacią niezwykłą. I trudno się z Turkiem nie zgodzić, choć pewnie wielu uzna, że w realiach dzisiejszego świata mógłby uchodzić za dziwaka. Dlaczego? Dzięki wybudowanemu nadludzkim wysiłkiem mostowi w tym rejonie jeziora pojawiły się domki letniskowe. Aby do nich dojechać letnicy płacili gospodarzom, przez których posesje musieli przejeżdżać. Stach przez swój most pozwolił przejeżdżać bezpłatnie.

Nie przyjął też od państwa emerytury, należnej mu za pracę w gospodarstwie. Uważał, że ziemia ma go wyżywić. I żywiła. Mimo wielu lat bardzo ciężkiej pracy, a w czasie wojny wywózki do Niemiec, Jan Stach cieszył się do późnej starości dobrym zdrowiem. Zmarł w 2011 r., w wieku 92 lat.

40 lat po wybudowaniu mostu, na pozostawionym obok – prawdopodobnie przypadkiem – wielkim głazie, wmurowana została pamiątkowa tablica. Ma przypominać przechodniom, że Jan Stach, rolnik ze Znamirowic własnoręcznie zbudował największy kamienny most. Dziś nosi on jego imię.

Jacek Turek, oprócz napisania książki, jeszcze w inny sposób uczcił pamięć sąsiada, którego podziwia. Most wymagał remontu. Wójt gminy Łososina Dolna Stanisław Golonka zaproponował Turkowi podpisanie umowy na wyremontowanie mostu. Młody budowlaniec zgodził się, ale pod jednym warunkiem – zrobi to bezpłatnie. Gmina tylko pokryje koszt materiałów.
Fot. z archiwum Jacka Turka

 

Więcej informacji i zdjęć MOSTU STACHA znajdziesz TUTAJ.

 

Reklama w DTS

Wypowiedz się w tej sprawie