Lekarz ostatniej nadziei

Historia Janusza Łopuckiego, jednego z najdłużej praktykujących lekarzy weterynarii na Sądecczyźnie, zaczyna się 42 lat temu. Młody weterynarz miał ręce pełne roboty, a do dyspozycji Syrenkę 104, choć do wielu gospodarstw w gminie i tak nie było dróg, które by to auto mogło pokonywać.


- Kiedy zacząłem, dużych zwierząt hodowlanych było mnóstwo. Dzisiaj krowa, koń czy świnia, to są już zwierzęta niemal egzotyczne. Moi koledzy po fachu mają teraz więcej pracy z kotkami, pieskami czy chomikami. Kiedyś w każdym gospodarstwie było w stajni kilka krów, koni, świń, a po obejściu biegało mnóstwo drobiu. Jeszcze znajdziemy rolnika starej daty, który ma konia lub krowę, ale to już wyłącznie na swoje potrzeby. Konie są traktowane jako hobby, a krowę chowa się, aby mieć własne mleko. Takich dużych gospodarstw nastawionych na oddawanie mleka, obecnie jest w Chełmcu niewiele. Teraz mieszkańcy stawiają na alpaki, lamy, łosie, strusie i kozy… – opowiada Janusz Łopucki.

Dzisiaj w Chełmcu gdzieś, ktoś w komórce nie całkiem legalnie chowa świnię na własny użytek, której nie zgłoszono do Inspekcji Weterynaryjnej i nie jest oznakowana, za co może grozić wysoka kara. Są też ludzie, którzy
tak są przywiązani do swojego ukochanego konia, że nie wyobrażają sobie, by mogli go sprzedać.

- W Chełmcu są jeszcze gospodarze, którzy korzystają z zaprzęgu i jeżdżą wozem. Coraz częściej za to możemy zauważyć ekskluzywne bryczki i dorożki, z których ludzie korzystają rekreacyjnie. Teraz koń na roli jest już historią, bo wszystko zostało zastąpione maszynami – dodaje Łopucki. Proces tych zmian trwa już od dwudziestu lat i według Janusza Łopuckiego fakt, że Chełmiec stanie się miastem, nie ma żadnego wpływu na model życia mieszkańców. A warunki w gminie się zmieniają na lepsze, żyje się wygodniej, ludzie stawiają na inny rodzaj pracy zarobkowej, z rolnictwa żyją już naprawdę bardzo nieliczni.

Zdaniem Janusza Łopuckiego przed Chełmcem widać szansę na inny biznes. Mnóstwo tu terenów typowo pastwiskowych nadających się do hodowli owiec, ale również na sady i miejsca rekreacyjne. Janusz Łopucki ograniczył swoją działalność ze względu na wiek. Uważa się za lekarza ostatniej nadziei. Jeśli inni weterynarze odmówią przyjęcia zwierzaka, to niektórzy przypominają sobie jeszcze, że jest taki Łopucki na ulicy Białej i kierują się do niego z przypadkami, których nikt nie chce się podjąć. Oczywiście zawsze pomaga, jeśli jest taka potrzeba.

- Jak patrzę na minionych kilkadziesiąt lat, to stwierdzam, że zmieniło się wszystko. Pamiętam jak w 1976 r. robiłem pierwsze w życiu cięcie cesarskie u klaczy. Ciężko było, ale nie słyszałem, żeby ktoś robił taki zabieg współcześnie. Teraz młodsi lekarze weterynarii, kiedy mają zgłoszenie do krowy czy konia, wolą takich klientów odesłać do lekarzy starej daty, bo trzeba się jednak ubrudzić i zapach jest mało przyjemny. Młodzi raczej ubierają białe fartuszki i zajmują się kotkami, pieskami czy kanarkami. I dobrze, bo taki jest obecnie rynek.

Według doktora Łopuckiego zmiany widać wszędzie. Nawet zwierzęta ewoluowały. Jednym z przykładów może być pies. Czterdzieści lat temu podczas szczepienia psów przeciw wściekliźnie, gryzły się tak, że nieraz lała się krew. Nie były tak chronione przez właścicieli jak teraz. Dzisiaj psy często mieszkają w domach swoich właścicieli, a do szczepienia najczęściej są przywożone samochodami. - Ludzie teraz żyją z czegoś innego. Zmieniła się gospodarka, mieszkańcy pracują poza rolnictwem i rezygnują z hodowli. Jeśli ktoś ma zwierzaka, to raczej domowego. Dużo również zmieniło się pod względem profilaktyki. Obecna profilaktyka szczepienna, odrobaczenia i inne zabiegi są na tyle rozwinięte, że właściciele zwierzaków rutynowo wykonują je co roku. Do szczepień nie trzeba już nikogo namawiać, bo świadomość ludzi jest dużo większa. Podobnie jak ktoś jeszcze ma krówkę to kupuje jej sól, lizawkę, odrobacza ją i dba o nią. Wcześniej hodowla była bardziej nastawiona na ilość, nie jakość, ale to zmieniło się na duży plus.

Problemem, jaki zauważa również w Chełmcu, jest masowe porzucanie psów w okresie wakacyjnym. Sam mieszka przy lesie, więc często widzi włóczące się bezpańskie psy, a zdarzają się również psy przywiązywane w lesie przez właścicieli.
- Bywa, że rodzice kupią dziecku w prezencie pieska. Niestety przychodzą wakacje i ludzie nie bardzo wiedzą, co ze zwierzakiem zrobić, więc go po prostu wyrzucają – mówi Łopucki. – Ale jest też inny problem - ludzie dużo podróżują i często przywożą z tych podróży różne cudeńka. Raz miałem takiego młodego człowieka, który przywiózł w kieszeni z USA legwana. Biedne zwierzę ewidentnie się kończyło, bo miało hipotermię, a jeszcze było mocno zgniecione w samolocie. Nie wiem jak historia się skończyła, ale kolejni przywozili węże i małpki.

Czytaj "Dobry Tygodnik Sądecki":

 

ŚLIZGOSTRADA

Wypowiedz się w tej sprawie